niedziela, 16 kwietnia 2017

Carpe Diem Baby 2 - rozdział 61.

Junior
Usłyszałem pukanie do drzwi i spojrzałem ze zdziwieniem na zegarek, a później na Judy.
- Zapraszałaś kogoś?
- O tej porze? Nie.
Wstałem ze swojego miejsca i poszedłem otworzyć. Zobaczyłem na progu Dave'a, który uśmiechnął się i wszedł do środka.
- No cześć.
- Cześć. Co tu robisz?
- Przyszedłem was odwiedzić.
- Jest trochę późno.
- Przerwałem ci w ruchaniu żony?
- Nie, ale niedługo miałem zamiar to zrobić.
- Spokojnie, zaraz wychodzę. - ruszył w stronę salonu, a ja od razu za nim. - Cześć.
- Hej. - odpowiedziała Judy.
Taylor, który bawił się na dywanie od razu wstał i przytulił się do jego nogi. Dave wziął go na ręce, usiadł razem z nim na kanapie i spojrzał na nas.
- Co robicie w weekend?
- Raczej nic.
- Nie macie ochoty wybrać się do Vegas?
- Po co? - zmarszczyłem brwi.
- Po co, po co... po co można jechać do Vegas? Tylko na weekend. Ja stawiam.
- Ale...
- Nie opuszczajcie mnie. Shanell i Nicka nie będzie, bo są w podróży poślubnej, a James i Mel są w Nowym Jorku. Roxxi i Lars powiedzieli, że się zastanawią, ale pewnie i tak nie pojadą, zrobiły się z nich dzikusy które najchętniej w ogóle nie wychodziłyby z domu.
- Dobra, pojedziemy. Nie męcz. - westchnąłem. - Ale takie rzeczy ustala się wcześniej.
- Następnym razem powiem wam wcześniej. - ściągnął Taylora z kolan i wstał. - Mówiłem, że ja tylko na chwilę. Możesz w spokoju ruchać żonę.
- Spadaj. - zaśmiała się Judy.
Dave puścił jej oczko, pożegnał się i wyszedł.
Spojrzałem na Judith i pokręciłem głową, po czym rzuciłem się na fotel i włączyłem telewizor.
- Z jakiej okazji zabiera nas do Vegas? Dave ma urodziny we wrześniu, a Diana miała dwa miesiące temu.
- Dave zawsze znajdzie okazję, żeby zabalować.
- Już nie za bardzo. To chyba grubsza sprawa.
Wzruszyłem tylko ramionami i ze znudzeniem wlepiłem wzrok w ekran.

Roxxi
Od ślubu Shanell i Nicka moje relacje z Larsem trochę się ociepliły, ale nadal były napięte. Staraliśmy się wszystko naprawić, ale tak naprawdę chyba żadne z nas nie miało już na to siły i ochoty. Chyba obydwoje myśleliśmy, że wszystko się samo naprawi. Przynajmniej ja.
Kiedy po weekendzie we Florencji wróciłam na uczelnię, unikałam Adriena czy nawet Triny jak tylko mogłam. Na korytarzu rzuciłam tylko przelotne "cześć" i mówiłam, że się śpieszę.
Któregoś jednak dnia, kiedy siedziałam sama na parapecie, wlepiając wzrok w okno i czekając na wykład z gatunków dziennikarskich, zaczepił mnie Lacroix, który właśnie skończył zajęcia. Teraz nie miałam szans żeby uciec lub wykręcić się brakiem czasu.
- Cześć. Dawno nie rozmawialiśmy. Jak było we Florencji?
- Dobrze. Dzięki, że pytasz. - uśmiechnęłam się blado i potarłam dłońmi kolana.
- Czekasz na zajęcia?
- Tak. Nie chciało mi się wracać do domu. Wolę poczekać.
- Myślałem, że uda mi się wyciągnąć cię na kawę.
- Adrien... Powinniśmy przestać się widywać. - powiedziałam cicho. - Ja nie powiedziałam ci o czymś ważnym. Mam faceta, od ponad siedmiu lat. Mieliśmy ostatnio dużo problemów, chciałam go zostawić, ale... - westchnęłam. - To jest bardzo ciężkie. Unikam cię, bo nie mogę się z tobą widywać. Wiem, że zacznę oczekiwać od ciebie czegoś więcej, już zaczęłam. Nie chce żebyś brał udział w rozbijaniu mojego związku czy czegoś w tym stylu. Nie chcę żebyś miał przeze mnie nieprzyjemności.
- Roxanne, ale...
- Nie. - przerwałam mu. Nie chciałam go słuchać i się przy nim rozpłakać. - To moja wina. Ja zaczęłam przychodzić na twoje wykłady, a później próbowałam się do ciebie zbliżyć. Mogłam tego nie robić, bo wynikły z tego same problemy i mam ochotę się zadźgać.
- Nie musimy się przecież spotykać. To ty przecież...
- Ja zaczęłam cię męczyć, wiem. - westchnęłam. - Przepraszam.
- W porządku. - powiedział i ruszył wzdłuż korytarza. Patrzyłam jak znika za rogiem i poczułam łzę spływającą po moim policzku.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że naprawdę się zakochałam, tylko robiłam wszystko żeby nie dopuścić do siebie tej myśli.

Dave
Niedługo po wspólnym weekendzie w Vegas pojechałem z Dianą i dziećmi na urlop do Kanady. Tak przynajmniej myślała moja narzeczona. Taki był plan. Uznałem, że to może być fajny pomysł - urobić się po łokcie w pracy, przy dzieciach i zakończyć wakacje wypoczynkiem w ojczyźnie mojej narzeczonej.
Diana nie miała jednak pojęcia, że dzień przed wyjazdem kupiłem obrączki. Nie wiedziała też, że razem z jej ojcem, który był we wszystko wtajemniczony zarezerwowaliśmy termin w Hart House, gdzie zawsze chciała wziąć ślub. Nie wiedziała w zasadzie nic, poza tym że jedziemy na wakacje do jej rodzinnej Kanady. A ja dopiero zacząłem działać - zadzwoniłem do naszych przyjaciół, moich znajomych, mojej rodziny, matki Diany i innych.
- Diana i ja bierzemy ślub. - oznajmiłem. - Przyjedź, proszę. Tylko nikomu o tym nie mów, ona jeszcze o tym nie wie.
Tak naprawdę oprócz mnie, mojego ojca, który prawie wszystko opłacił i ojca Diany nikt o niczym nie miał pojęcia.
Kiedy wieczorem wszedłem do naszego pokoju, Diana akurat była w łazience i brała prysznic. Weszła do środka owinięta ręcznikiem, bez makijażu. Wyglądała jeszcze pięknie niż zazwyczaj. Uśmiechnęła się do mnie bez słowa.
- Co robisz w następną sobotę? - zapytałem.
Wzruszyła ramionami.
- Jeszcze nie wiem. Po prostu jestem tutaj z tobą i dziećmi. A co?
Starałem się zachować kamienny wyraz twarzy, ale nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem się uśmiechać.
- Skoro nie masz innych planów to może chciałabyś wyjść za mąż?
- Co?
- Mamy zarezerwowany termin w Hart House na przyszłą sobotę. Szkoda żeby przepadł.
Najpierw zaczęła płakać. Po chwili jak już mogła powiedzieć słowo, wydusiła z siebie "tak". Całkiem rozsądna odpowiedź, biorąc pod uwagę to, ile biletów lotniczych zabukowałem. Teraz musieliśmy jeszcze tylko sprostać niełatwemu zadaniu jakim było znalezienie sukni ślubnej i smokingu na kilka dni przed ceremonią. Ze mną poszło całkiem szybko, gorzej było z Dianą. Na szczęście jednak znalazła tę jedną jedyną, prostą, obcisłą białą suknię z długim trenem, bez żadnych zbędnych ozdób, która idealnie na niej leżała.
Moja siostra, Kathy, zgodziła się być druhną. Na mojego świadka wybrałem oczywiście Davida. Mimo że czas mijał, każdy z nas się zmieniał, a nasza przyjaźń również przechodziła przez różne etapy - nadal był moim najlepszym przyjacielem i z nim byłem najbliżej. Był przy mnie w najgorszych i najlepszych momentach mojego życia, czegokolwiek bym nie zrobił - zawsze mnie wspierał i był ze mną. Był najlepszym materiałem na świadka - także w tym rock n' rollowym sensie.