oprócz tego pojawiła się ankieta (ponoć brutalna jak ktoś powiedział), ale proszę głosować.
cóż, święta się zbliżają, ja się rozchorowałam. dopiero wczoraj odzyskałam głos, a mama już do mycia okien mnie zmusiła. :D chciałabym złożyć Wam najlepsze życzenia, miłych, zdrowych i wesołych świąt, szampańskiej zabawy na Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku. oby był lepszy niż ten. :)
haha, ciekawe czy Syll wejdzie i skomentuje tę notkę, skoro ten blog taki "wspaniały". laska jest niesamowita. napisała w komentarzu, że mnie zaobserwowała i ma nadzieję, że również to zrobię. najlepsze jest to, że zaobserwowała mnie dopiero wtedy, gdy ja zaobserwowałam ją. :D wywaliłam ją z obserwowanych, to ona i mnie wywaliła. zaobserwowałam ją znowu, to ona znowu mnie zaobserwowała. :D
dobra, miłego czytania życzę i miłej przerwy świątecznej. :) aha, w czasie przerwy można się spodziewać recenzji takich książek jak: "Mustaine: autobiografia" i "Enter Night: Metallica. Biografia" :D
Kiedy chłopakom udało się w końcu dojechać do San Francisco, niebo było już coraz ciemniejsze. Byli senni i zmęczeni, ale ani myśleli o tym żeby się zdrzemnąć, kiedy byli już w mieście, w którym miał się odbyć koncert na który czekali tyle czasu.
- Lars, zatrzymaj się tutaj. - poprosił Cliff.
- Po co?
- Chciałbym zadzwonić.
- Jak się rozgadasz to możemy się spóźnić na koncert, zdajesz sobie z tego sprawę? - chłopak spojrzał na niego uważnie. - 2 minuty, ani chwili dłużej.
- Dzięki.
- Pozdrów od nas Shanell! - usłyszał krzyczącego Kirka, kiedy wyszedł już z auta.
- Pozdrowię. - powiedział i trzasnął drzwiczkami samochodu. Podbiegł do budki telefonicznej i wybrał numer. Po 3 sygnałach usłyszał w końcu głos swojej dziewczyny.
- Halo...?
- Cześć kochanie.
- Ooo, hej! - ucieszyła się. - Jak tam? Dojechaliście już do Frisco?
- Mhm, tak, niedługo już powinnyśmy być na miejscu. - poinformował ją, a po chwili spytał. - Jakie masz plany na dzisiejszy wieczór?
- Idę do Roxxi, bo robi babski wieczór. - odparła zamyślonym tonem. - Nie wiesz może gdzie są moje czarne zamszowe koturny? Na półce z butami ich nie ma...
- Sprawdź w szafie. - polecił.
- Masz rację, są. - powiedziała po kilku sekundach.
- Skarbie, za chwilę będę musiał kończyć... - zmartwił się. - Chciałabyś mi coś jeszcze powiedzieć?
- Tak. Żebyś uważał na siebie.
- A oprócz tego...?
- Bardzo cię kocham. - powiedziała z uśmiechem, którego i tak nie mógł zobaczyć. - I jest mi smutno, że nie możesz teraz leżeć obok mnie w łóżku... Nie będę miała się do kogo przytulić w nocy...
- Też chciałbym się teraz położyć obok ciebie... Ale zrobimy tak. Kiedy wrócę z koncertu, pewnie będziesz jeszcze spała. Wejdę po cichu do mieszkania, od razu położę do łóżka i cię przytulę. Co ty na to?
- Brzmi cudownie.
- Też tak myślę. - powiedział z zadowoleniem. - Kończę, kochanie. Zobaczymy się jutro.
- Miłego koncertu. Kocham cię.
- Ja ciebie też. - odpowiedział i odłożył słuchawkę. Z uśmiechem wrócił do samochodu i ruszyli w drogę.
W aucie zapadła kompletna cisza. Nawet na ulicy było podejrzanie cicho. Każdy był zajęty sobą i w ogóle się nie odzywał. Cliff wlepił wzrok w przednią szybę, Lars patrzył uważnie na drogę, James kartkował magazyn, który wcześniej czytał Cliff, a Kirk słuchał muzyki.
- LARS, UWAŻAJ! - wydarł się Cliff, a zaraz po tym nastąpił pisk opon, głośny krzyk, huk i cisza...
James otworzył oczy i zamglonym wzrokiem zmierzył samochód. Lewą ręką namierzył klamkę drzwiczek i otworzył je. Wyszedł z auta, przewracając się i upadając na ulicę. Na czworakach podszedł do drzwi kierowcy i otworzył je. Zobaczył Larsa z zakrwawioną twarzą, mrużącego oczy i starającego się ogarnąć wzrokiem, co się stało.
- Lars... Lars... - mówił drżącym głosem, szturchając go. Chłopak odwrócił się w jego stronę i popatrzył na niego. - Twój nos... cały krwawisz...
Lars przejechał dłonią po swojej twarzy, a kiedy zobaczył na swoich palcach krew szybko spojrzał w lusterko. Dostrzegł w nim Kirka i wtedy przypomniał sobie również o Cliffie. Odwrócił się w prawą w stronę, dostrzegł krew na oknie i przyjaciela, który miał głowę opartą o szybę.
- Cliff... - szepnął Lars, łapiąc go za podbródek i odwracając go w swoją stronę. Odgarnął mu włosy z twarzy, które były zlepione jego krwią. - Cliff, obudź się, proszę!
- Kirk... - James wrócił na tylne siedzenie i próbował obudzić przyjaciela. - Kirk, Cliff, nie róbcie nam tego! - krzyczał bezradnie.
- Zadzwoń po karetkę!
Chłopak wyszedł z samochodu i rozejrzał się po ulicy. Żadnych ludzi, żadnych samochodów. Dostrzegł budkę telefoniczną po drugiej stronie ulicy. Kulejąc, podszedł szybko do niej i wybrał numer.
- Halo, pogotowie?! Ja i moi przyjaciele mieliśmy wypadek, dwóch z nich się nie rusza, są nieprzytomni, krwawią... - wypłynął z niego potok słów.
- Spokojnie. - uspokajał go mężczyzna przy telefonie. - Proszę podać dokładny adres.
James zaczął się nerwowo rozglądać. Kilka kroków od niego zobaczył znak z nazwą ulicy.
- Alemany Boulevard. Proszę, przyjedźcie szybko!
- Już wysłano tam karetkę i policję. Proszę się uspokoić. Wszystko będzie dobrze.
James wrócił do samochodu i pomagał Larsowi w budzeniu chłopaków. Kilka minut później przyjechało pogotowie. Trzech lekarzy wyszło z karetki i podeszli do samochodu.
- Panowie wzywali karetkę? - jeden z lekarzy zwrócił się do chłopaków.
- T-tak... - powiedział James drżącym głosem i spojrzał na Kirka. - On się w ogóle nie rusza, nie chce się obudzić...
- Proszę się odsunąć. - doktor sprawdził Kirkowi puls i po chwili krzyknął. - Żyje, dajcie nosze!
Dwóch lekarzy przybiegło po kilku sekundach z noszami. Wyciągnęli chłopaka z samochodu, położyli go na noszach i zanieśli do karetki, po czym odjechali. Trzeci natomiast podszedł do drzwi pasażera, otworzył je i spojrzał na Larsa, który ze łzami w oczach mówił coś do Cliffa i próbował go obudzić. Lekarz bez słowa sprawdził mu puls, a po chwili tylko pokręcił przecząco głową.
- Co z nim? - spytał Lars, patrząc na doktora.
- Przykro mi...
- J-jak to przykro...?
- Nie żyje.
Wtedy Lars i James, który ciągle siedział na tylnym siedzeniu, poczuli, jakby umarła jakaś cząstka nich. Nie było słów, które mogły opisać to co czuli w tej chwili. James bez słowa wyszedł z samochodu i kulejąc, poszedł przed siebie. Usiadł na krawężniku, ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się. Lars wyszedł chwilę po nim i od razu podbiegł do niego. Usiadł obok i objął go ramieniem.
- Jaymz... - powiedział łamiącym się głosem, a po jego policzku spłynęła łza.
- Dlaczego zawsze mnie to spotyka...?
- C-co?
- To, że wszystkie bliskie mi osoby odchodzą... Najpierw mój ojciec zostawił całą naszą rodzinę i odszedł bez słowa... Potem umarła moja matka, a teraz... teraz... Cliff... Kto będzie następny?! Melanie?! A może któreś z moich dzieci?! Dlaczego kurwa wszyscy mnie zostawiają?! - krzyczał zapłakany.
- Jaymz... - zaczął Lars i dotknął jego dłoni, ale ten tylko się wyrwał i odsunął się od niego. Chłopak westchnął i wrócił do samochodu. Zobaczył, jak jeden z lekarzy przykrywa ciało jego przyjaciela leżące na noszach czarną folią. Widząc to, zakrył dłonią usta i spojrzał w inną stronę. Podszedł do najbliższego kosza na śmieci i zaczął wymiotować. Nagle poczuł na swoim ramieniu dłoń. Odwrócił się i zobaczył jednego z lekarzy.
- Chodź, widać, że źle się czujesz. Dostaniesz jakieś leki i obejrzymy twój nos czy nie jest złamany. Przy okazji policjanci chcieliby z tobą porozmawiać. - oznajmił doktor. - Boli cię coś jeszcze, oprócz nosa? - dopytywał.
- Głowa...
- Coś na to poradzimy. Chodźmy.
Lars poszedł za lekarzem i wszedł z nim do karetki. James w dalszym ciągu siedział na krawężniku z łokciami opartymi na kolanach i patrzył w jeden punkt. Po chwili zobaczył zbliżającego się policjanta. Stanął przed Jamesem, ale ten nawet na niego nie spojrzał.
- Jesteś James, prawda?
Chłopak podniósł wzrok i popatrzył na niego.
- Tak.
- Pójdziesz ze mną do samochodu? Chciałbym cię przesłuchać. Czy jednak wolisz tutaj?
- Wszystko mi jedno. - odpowiedział obojętnym tonem. Policjant usiadł obok niego i przyjrzał mu się uważnie.
- Nie jest ci zimno?
- Trochę...
- Chodź, nie będziesz tu siedział.
James nic nie powiedział, tylko kiwnął głową i wstał. Syknął z bólu i złapał się za swoją kostkę.
- Najpierw pójdziesz do karetki. - mężczyzna podtrzymując go zaprowadził chłopaka do samochodu. Kiedy wszedł do środka, zobaczył Larsa z okładami na karku i czole. Bez słowa usiadł obok niego, a policjant zwrócił się do lekarza:
- Ma chyba skręconą kostkę.
- Zaraz to sprawdzimy. - doktor dokładnie obejrzał jego kostkę z każdej strony, a potem zrobił mu zimny okład. Następnie posmarował ją maścią na zmniejszenie opuchlizny i zawinął w bandaż elastyczny. - Gotowe. Staraj się dużo nie chodzić i smaruj 2 razy dziennie maścią.
- Chodźmy James. - zwrócił się do niego policjant i pomógł mu wyjść. Spojrzał przelotnie na Larsa, który musiał jeszcze zostać w karetce. - Mam dla ciebie kawę.
James poszedł za mężczyzną i wsiadł do radiowozu, gdzie siedział jeszcze jeden policjant. Podał chłopakowi kubek z kawą i koc.
- Może przed przesłuchaniem chciałbyś pogadać z naszym psychologiem?
- Nie ma takiej potrzeby.
- A jakieś tabletki na uspokojenie?
- Już dostałem.
Kiedy policjanci zaczęli przesłuchanie, James był już dosyć opanowany. Starał się dokładnie i spokojnie odpowiadać na różne pytania, chociaż większość z nich wywoływała u niego chęć płaczu.
Kiedy skończyli przesłuchiwać Jamesa, zaczęli przesłuchiwać Larsa. Zajęło to sporo czasu. Policjanci byli na tyle mili, że pozwolili im na palenie papierosów, dali im coś do jedzenia i podwieźli do szpitala, żeby nie musieli iść na pieszo i patrzeć na wszystkich ludzi, którzy zebrali się na ulicy i obserwowali pozostałości po wypadku.
Gdy udało im się dotrzeć w końcu do szpitala, podeszli do recepcji i spytali o Kirka. Recepcjonistka podała im numer sali, jednak lekarz zabronił im tam wejść. Zrezygnowani usiedli na krzesłach pod drzwiami. Przez długi czas nie odezwali się do siebie ani słowem, aż w końcu Lars przerwał ciszę.
- Jaymz, ktoś musi zadzwonić do Shanell...
- Więc zadzwoń.
- Ale jak ja jej powiem to, że jej chłopak nie żyje?!
- A ja jak mam jej to powiedzieć? - powiedział ze łzami w oczach. - Myślisz, że zrobię to lepiej?
Lars westchnął, wstał ze swojego miejsca i ruszył przed siebie. James poszedł za nim. Zeszli na dół, gdzie była budka telefoniczna.
***
- Kurwa, takie dni mogłyby być zawsze. - powiedziała z zadowoleniem Roxanne i odpaliła swojego papierosa. - Cisza, spokój, żadnych telenowel w telewizji, tylko siedzę sobie z przyjaciółkami i spijam drinki. Raj po prostu.
- Ja już swojego wypiłam. - Melanie pokazała dziewczynom pustą szklankę. - Pójdę zrobić sobie drugiego.
- Ja ci zrobię. - zaoferowała się Roxxi, wzięła jej szklankę i poszła do kuchni. Nagle wszystkie usłyszały dźwięk telefonu. - Dziewczyny, niech któraś z was odbierze!
Shanell wzięła do ręki drinka, po czym podniosła się ze swojego miejsca i podeszła do telefonu.
- Słucham?
- Shan...? - zdziwił się Lars.
- No tak, to ja. Jestem u was. Dlaczego masz taki dziwny głos? I jak tam koncert? - dopytywała.
- Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałaś...
- U mnie nie ma nikogo w domu, jestem u Roxxi już dosyć długo. - poinformowała, zerkając na zegarek. - Jak koncert?
- Nie jesteśmy na koncercie...
- Więc gdzie?
- W szpitalu UCSF... Mieliśmy wypadek... - powiedział cicho.
- Jaki wypadek?! Nikomu nic się nie stało?
- Jaymz ma skręconą kostkę, ja miałem krwotok z nosa, ale Kirk jest nieprzytomny...
- A co z Cliffem?
- Cliff... - powiedział drżącym głosem, a zaraz po tym dodał. - Shanell, Cliff nie żyje. Przykro mi i...
Reszty już nie usłyszała. Wypuściła słuchawkę z rąk i pobiegła do kuchni. Melanie podniosła z podłogi słuchawkę i przyłożyła ją do ucha, ale usłyszała tylko dźwięk urywanego sygnału. Razem z Judy poszła do kuchni, gdzie Shanell płakała przytulona do Roxanne.
- Shan, co się stało? - spytała Judie, podchodząc do niej.
Dziewczyna nie patrząc na nią podeszła do okna i oparła głowę o szybę.
- Shanell, co jest?! - niecierpliwiła się Melanie.
- Chłopaki mieli wypadek...
- Co kurwa?! Wypadek?! - krzyknęła Roxxi. - Ale nic im nie jest, prawda?
- Cliff nie żyje... - powiedziała cicho, dalej nie mogąc w to uwierzyć. Ukryła twarz w dłoniach i usiadła na podłodze.
Dziewczynom opadły szczęki. Patrzyły zszokowane to na siebie, to na płaczącą Shanell. Roxanne zrzuciła na podłogę szklankę, w której miała zrobić drinka dla Melanie, a po chwili zaśmiała się lekko histerycznym śmiechem.
- To jest kurwa jakiś żart, prawda? Powiedz, że to żart!
- Roxxi... Z takich rzeczy się nie żartuje... - szepnęła Judy, a po jej policzku spłynęła łza. Po chwili podeszła do Shan i uklękła obok niej. - Co z resztą?
- Nic im nie jest. Tylko Kirk jest nieprzytomny. - powiedziała, pociągając nosem. Wyglądało na to, że trochę się uspokoiła, ale po chwili znowu zaczęła płakać. Kiedy zachłysnęła się powietrzem, Mel pomogła jej wstać i przytuliła ją.
- Dajcie jej wody.
Judie wyciągnęła z lodówki butelkę wody i nalała trochę do szklanki. Podała ją Shanell, ale ona nawet na nią nie spojrzała. Dziewczyna westchnęła i postawiła szklankę na stół.
- Co robimy? - spytała Roxxi, wycierając rozmazany tusz na policzkach.
- Jedziemy do Frisco. - oznajmiła Melanie.
- Ale... - zaczęła Judy.
- Posłuchaj, wiem, że to nie jest 20 minut drogi, jest późno, ale tam też jest mój facet! Co ty byś zrobiła, jakby tam był David?!
- Dobra, idźcie do samochodu. Zadzwonię jeszcze do Davida i powiem mu, żeby zajął się dziećmi.
Dziewczyny wzięły swoje torebki, kluczyki do auta Judie i zaszły na dół.
Judy stała przez chwilę bez ruchu na środku pokoju, aż w końcu podniosła słuchawkę i wybierała numer telefonu.