sobota, 18 października 2014

The Unforgiven - rozdział 18.

wielbicielki Jamesa, James już będzie w kolejnym rozdziale :)
I PROSZĘ, PROSZĘ O NAJMNIEJSZE KOMENTARZE. jest mi trochę przykro, że pod poprzednim rozdziałem prawie ich nie było. piszcie cokolwiek, po prostu chcę znać waszą opinię :)
robię ankietę, dawno żadnej nie było :) chcę zobaczyć ile was jest. głosujcie :)

Susie
Przez kilka godzin siedziałam zdenerwowana w mieszkaniu. Co chwilę podchodziłam do okna z nadzieją, że w końcu zobaczę Tylera.
Około 22:00 usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Pobiegłam do przedpokoju i zobaczyłam mojego chłopaka wchodzącego do mieszkania.
- Tyler! - rzuciłam mu się na szyję. Przytulił mnie lekko i odsunął od siebie. Spojrzałam na jego twarz. Wyglądał na zmęczonego i zdenerwowanego. - Co się stało? Powiedz! Nigdy się tak nie zachowywałeś!
- Bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji...
- Tyler, co się dzieje? - mój głos zadrżał.
- Chodź. Usiądź.
Poszliśmy do salonu. Usiadłam na kanapie, a on obok mnie. Zbierał myśli i zastanawiał się, co ma mi powiedzieć.
- Nie chciałem ci tego mówić żeby cię nie denerwować. Ale musisz mi pomóc.
- Powiedz o co chodzi...
Byłam przygotowana na najgorsze. Co mogłam usłyszeć? Że ma żonę i dzieci? Że ma raka i za kilka tygodni umrze? Że kogoś zabił? Że mógł zarazić mnie wirusem HIV?
- Wiesz, ja to robię od dawna, dotychczas wszystko szło gładko, ale teraz...
- Tyler! Do rzeczy!
- Przemycam narkotyki dla Camerona. Do różnych krajów. - powiedział jednym tchem.
Zrobiło mi się gorąco. Faktycznie, Tyler często wyjeżdżał, ale nigdy bym się domyśliła, że w tym celu. Dlaczego Cameron sam nie mógł tego robić, tylko wykorzystywać mojego chłopaka?
- Słucham...?
- Dostaję za to sporo kasy.
- Tyler, przemycasz narkotyki? - wstałam ze swojego miejsca i zaczęłam chodzić po pokoju. - Wiesz co będzie jeśli ktoś cię złapie? Myślisz o tym?! Spędzisz resztę życia w więzieniu wśród gwałcicieli i morderców i będziesz wyciągał karaluchy z żarcia!
- Susie... uspokój się i mnie posłuchaj.
Wplotłam palce we włosy i wzięłam głęboki oddech. Oparłam ręce na biodrach i spojrzałam na niego.
- Słucham.
- Na lotnisku w Kanadzie, kiedy musiałem przejść przez odprawę, pojawiło się pełno policji...
- Złapali cię?!
- Jakby mnie złapali to by mnie tu nie było...
- Tak, racja... - westchnęłam cicho. Byłam bardzo zdenerwowana. Cała się trzęsłam. - Co się stało?
- Spanikowałem jak ich zobaczyłem. Poszedłem do łazienki i spuściłem cały towar w kiblu.
- Przynajmniej cię nie złapali. Dobrze zrobiłeś.
- Dobrze? Dobrze? - spytał ironicznie. - Cameron przyjdzie po swoją kasę za prochy, które wylądowały w kiblu na lotnisku!
- Ile jesteś mu winny?
Tyler spojrzał na mnie, a po chwili spuścił wzrok.
- 30 tysięcy...
- 30 tysięcy?
- Tak. Nie mam takiej kasy. On mnie zabije jak mu tego nie oddam.
- Cameron? Wydawał się być miły...
- Jak jesteś winna mu kasę to już nie jest taki miły...
Spojrzałam jeszcze raz na niego i położyłam dłoń na jego kolanie.
- Dam ci tą kasę, pod warunkiem, że skończysz z tym...
- Dobrze, skończę z tym. Ale pomóż mi to spłacić, bo źle się to skończy.
Przytuliłam się do niego. Pewnie inna dziewczyna jeszcze tego samego wieczoru spakowałaby się i wyniosła, ale ja nie potrafiłam. Nie umiałam się nawet na niego gniewać.
Po chwili usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Poczekaj, otworzę... - wstałam i poszłam do przedpokoju. Otworzyłam drzwi i prawie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam na progu zobaczyłam Camerona.
- Cześć Susie. - uśmiechnął się.
- Tylera nie ma. - powiedziałam odruchowo.
- Wiem. Przyszedłem do ciebie.
- Do mnie? Po co?
- Wiesz po co... - wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Oparłam się o ścianę, a on stanął naprzeciwko i spojrzał na mnie z góry.
- Możesz stąd iść...?
- Dlaczego mnie wyganiasz? Wiesz, że nie lubię jak ktoś mi się stawia...
- Susie, kto przyszedł? - Tyler wszedł do przedpokoju. Spojrzał zszokowany na Camerona. - Jasna cholera...
- Co ty tu robisz? Miałeś być w Kanadzie do soboty.
Mój chłopak zająkał się i nie wiedział co powiedzieć. Pewnie gdyby nie to, że byliśmy na 14. piętrze to wyskoczyłby przez okno i uciekł.
- Załatwił to co miał do załatwienia i wrócił. - starałam się być spokojna.
- Nie wtrącaj się. - Cam odsunął się ode mnie i podszedł do Tylera.
- Nie róbcie mnie w chuja. Dzisiaj wieczorem miałeś przekazać cały towar i odebrać moja kasę. 30 tysięcy dolarów.
Nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Cameron spojrzał na mnie, a potem znowu na Tylera.
- Sprzedaliście mój towar? A może sami wszystko przećpaliście?
- Nie mieszaj w to Susie. - Tyler w końcu się odezwał. - Ona nie ma z tym nic wspólnego.
- Nie obchodzi mnie to czy ma z tym coś wspólnego czy nie. Mieszkacie razem, pierdolicie się, pewnie o wszystkim sobie mówicie. Więc według mnie obydwoje jesteście tak samo winni.
- Oddam ci tę kasę. Całe 30 tysięcy. - powiedziałam.
- 30 tysięcy to wy mi musicie oddać. A koleś nadal nie dostał swojego towaru, który gdzieś przepadł. Musicie to odkupić i zawieść mu to w zębach. Czyli łącznie wydacie 60 tysięcy. Macie czas do soboty, do godziny 18:00. A jak nie to bardzo źle się to skończy. - zmierzył nas wrogim spojrzeniem i wyszedł. Tyler popatrzył na mnie załamany.
- Nie martw się. Pójdę jutro do banku, oddamy mu pieniądze i da nam spokój.
- Przepraszam... - przytulił się do mnie. Westchnęłam cicho i wtuliłam się w jego koszulkę.

Devon
Kończyłem właśnie pakować swoje rzeczy do ostatniego kartonu. Wstałem z podłogi i odgarnąłem włosy z czoła, po czym podszedłem do otwartego okna, z którego rozlegał się widok na panoramę Los Angeles. Niebo było bezchmurne, a słońce raziło mnie w oczy. Odsunąłem się od okna i rozejrzałem po pustej sypialni. W mieszkaniu było cicho. Każdy najmniejszy dźwięk odbijał się od pustych ścian. Moje pierwsze własne mieszkanie, które kupiłem za własne pieniądze. Sprzedałem je jakiemuś młodemu małżeństwu, a sam spełniłem jedno ze swoich marzeń. Kupiłem dom w Arizonie. Odszedłem również z wytwórni filmowej. Idealne rozpoczęcie nowego życia.
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Zamknąłem okno, wziąłem ostatni karton do rąk i zaniosłem go do przedpokoju. Położyłem go na podłodze i otworzyłem drzwi. Zobaczyłem na progu obecnego właściciela mieszkania.
- Dzień dobry.
- Proszę wchodzić. - otworzyłem szerzej drzwi. Facet rozejrzał się po mieszkaniu. - W zasadzie to już skończyłem się pakować. Zapakuje wszystkie rzeczy do samochodu, dam panu klucze i mogą się państwo wprowadzać.
- Bardzo się cieszę. Chciałem zobaczyć czy wszystko dobrze idzie... może pomóc w czymś?
- Nie, w sumie to wszystko już spakowałem... - rozejrzałem się. - Może mi pan pomóc to zanieść do samochodu.
- A co z tym? - wziął z komody ramkę ze zdjęciem, o którym zupełnie zapomniałem. Zobaczyłem moje wspólną fotografię z Susie. Właściwie to miałem tylko trzy nasze wspólne zdjęcia, bo Su w czasie przeprowadzki wszystkie ze sobą zabrała. Zapomniała tylko o tych w ramkach.
- To moja była narzeczona. Zapomniałem o tym zdjęciu... - wziąłem je i wrzuciłem do jednego z kartonów. Nie chciałem dłużej o tym myśleć, więc wziąłem kluczyki do samochodu i jedno z pudeł. Koleś pomógł mi zapakować wszystkie moje rzeczy do samochodu. Oddałem mu klucze do domu.
- Mam nadzieję, że lepiej będziecie się czuli w tym mieszkaniu niż ja. - zaśmiałem się cicho.
- Na pewno. Mieszkanie jest piękne. Jeszcze w dodatku moja żona jest w ciąży, więc tym bardziej...
- Wszystkiego dobrego.
Pożegnaliśmy się i zobaczyłem jak odchodzi. Zacząłem powoli tracić nadzieję, że będę miał takie samo życie. Że poznam w końcu jakąś kobietę, która zostanie moją żoną, która urodzi moje dziecko.
Oparłem się o maskę samochodu i rozejrzałem się. Nie chciałem tu więcej wracać. Uśmiechnąłem się lekko i wsunąłem na nos okulary przeciwsłonecznie, po czym wsiadłem do samochodu.
- Żegnaj Kalifornio...