sobota, 14 lutego 2015

The Unforgiven - rozdział 27.

nie jestem zadowolona z tego rozdziału, inaczej to sobie wyobrażałam. jednak chyba nie jest aż tak źle.
a wiecie, kto pojawi się w następnym rozdziale? Kristen! wiem, jest w zakładce "bohaterowie" od początku, jest już 27. rozdział, a ona dopiero teraz się pojawi. mam nadzieję, że ktoś o niej pamiętał :')

a, no i pozwolę się chamsko zareklamować. jak ktoś jest zainteresowany, zapraszam na mojego instagrama: http://instagram.com/captive_honour i tumblra: http://captive-honour.tumblr.com/

Susie
- Co ci do cholery jest? - spytał James, kładąc się do łóżka. Jutro mieliśmy lecieć do Luizjany, na ostatni koncert w tej trasie. Zaraz po nim mogliśmy wracać do Los Angeles. Nie miałam nawet nastroju na to, żeby się cieszyć. Nie uśmiechałam się na samą myśl o tym, że znowu zobaczę Dave'a i będę mogła się naćpać. Myślałam o tej przeklętej ciąży. Gdyby Mustaine się dowiedział, nie chciałby mieć ze mną nic wspólnego. - Susie...
- Co...? - wyjąkałam.
- Co się dzieje? Byłaś dzisiaj u tego lekarza?
- Byłam.
James patrzył na mnie poirytowany.
- No i?
- No i nic... - poprawiłam swoją poduszkę i odwróciłam się na drugi bok. - Dobranoc. Jutro rano mamy samolot.
Hetfield nic już nie mówił. Przytulił się do mnie i zasnął całkiem szybko. Ja leżałam do 2:00 w nocy, patrząc tępo w ścianę. Dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że nie mam nawet kasy na aborcję. Z domu nie zdążyłam wziąć żadnej gotówki ani kart kredytowych. James nie dałby mi większej sumy, a gdybym poprosiła o to kogoś z zespołu - zaraz polecieliby ze skargą do swojego frontmana.
- Kurwa mać... - mruknęłam sama do siebie i podniosłam się. Zostało tylko jedno wyjście - misoprostol. Te magiczne białe tabletki chodziły mi już po głowie, kiedy byłam w ciąży z dzieckiem Devona. Teraz po prostu musiałam wybrać się do najbliższej apteki i je zdobyć. Jak najszybciej.

***

- Masz wszystko, skarbie? - zapytał James, kiedy wrzucał swoje rzeczy do walizki. Spojrzałam na niego, marszcząc brwi. Kiedy on ostatnio tak do mnie powiedział? Już Dave częściej tak do mnie mówił.
- Spakowałam się, zanim się jeszcze obudziłeś... - uklękłam obok i złożyłam w kostkę jego koszulkę z Misfits. - Potrzebuję trochę pieniędzy. Muszę kupić leki.
- Jakie leki? - spojrzał na mnie podejrzliwie. 
- Dostałam receptę. Muszę wykupić tabletki.
James przyjrzał mi się uważnie. Patrzyłam na niego bezczelnie, z kamiennym wyrazem twarzy.
- Nie wierzysz mi?
- Wierzę. Ile potrzebujesz?
- Daj mi sto dolarów.
- Dam ci, ale dopiero w Luizjanie.
- Ale...
- Tam też są apteki. Su, wytrzymasz kilka godzin.
Nie. Nie wytrzymam, do jasnej cholery. Czuję w sobie to paskudztwo. Chcę się tego pozbyć, jak najszybciej. 
Przez cały lot do Luizjany milczałam i wlepiłam wzrok w małe okienko. Byłam wściekła na Hetfielda i na każdego wokół. James przysunął się do mnie i położył dłoń na moim udzie. Szybko się cofnęłam.
- Odwal się. - rzuciłam chłodno. - Nawet się do mnie nie zbliżaj.
- Su, o co ci chodzi, kurwa mać? Masz okres?
Człowieku, nawet nie masz pojęcia, jak bardzo chciałabym go mieć. Nigdy w życiu tak bardzo nie pragnęłam miesiączki tak jak teraz.
- Nie. Chciałam iść do apteki. Źle się czuję.
- Za jakąś godzinę lądujemy. Pójdziemy od razu jakiejś poszukać.
- Sama sobie pójdę. Ty masz ważniejsze sprawy na głowie.
- Jak wolisz. - rzucił obojętnie, odsuwając się. Kiedy tylko wylądowaliśmy, pojechaliśmy do hotelu. Już w holu recepcyjnym James dał mi sto dolarów i poszłam szukać jakiejś apteki. Znalazłam ją dwie ulice dalej. Poprosiłam starszą kobietę w białym fartuchu o dwie paczki misoprostolu. Popatrzyła na mnie badawczo, a ja spuściłam wzrok. Wiedziała od razu, do czego jest mi potrzebny. Jednak co ją obchodziło moje życie i wyrzuty sumienia? Bez słowa sprzedała mi tabletki i życzyła miłego dnia. Kiedy wróciłam do hotelu i weszłam do naszego pokoju, usłyszałam szum wody z łazienki. Schowałam leki do walizki i wyszłam, żeby coś zjeść w hotelowej restauracji. Wróciłam pół godziny później, z nadzieją, że James zwolnił toaletę i będę mogła się w niej zamknąć.
Hetfield siedział na łóżku w samych dżinsach. Mokre włosy opadały mu na ramiona. Obok niego leżały zdjęcia USG i moje tabletki. Zaczęłam cała drżeć.
- Grzebałeś w moich rzeczach? - wykrztusiłam w końcu.
- Kiedy miałaś zamiar mi powiedzieć? - spytał wyjątkowo spokojnie.
- Nie miałam zamiaru ci o tym mówić. Miałeś się nie dowiedzieć...
- Nie dowiedzieć, tak? - wstał i zaśmiał się ironicznie. - Czyli dziecko nie jest moje?!
- Twoje! To dopiero czwarty tydzień, zaszłam w ciążę w trasie! Tylko z tobą spałam!
- To co, myślałaś, że nie zauważę rosnącego brzucha?! Że nie zauważę jak urodzisz?!
Pokręciłam z politowaniem głową.
- Jesteś taki tępy czy tylko udajesz? - podeszłam do łóżka i wzięłam opakowanie tabletek. - To misoprostol. Skuteczny w 97% przypadkach aborcji.
- Chciałaś usunąć ciążę bez mojej zgody...?
- Po co mi twoja zgoda? To ja jestem w ciąży, nie ty. To moje ciało i nie będziesz o nim decydował.
- Susan...
- Daj mi spokój. Nie marnuj mi życia.
- Przecież ty już dawno zmarnowałaś swoje życie. - powiedział szczerze, patrząc na mnie. - Byłaś nikim kiedy zaczęliśmy się spotykać.
Uniosłam brwi i uśmiechnęłam się lekko.
- Jestem bogatsza od ciebie. Chcesz żebym miała wyrzuty sumienia? Nie uda ci się. 
- Ja tylko chcę żebyś urodziła moje dziecko.
- Wiesz o tym, że mój organizm może nie wytrzymać ciąży i zdechnę w męczarniach podczas porodu? Nie chcę się roztyć jak świnia. Nie mam ochoty na wychowywanie twojego dziecka.
- Skoro nie chcesz wychowywać naszego dziecka, to po prostu je urodź i zrzeknij się praw rodzicielskich. Sam je wychowam. Nie jesteś mi do niczego potrzebna.
Wybuchnęłam śmiechem.
- Sam wychowasz dziecko?! Nie masz czasu nawet dla mnie, a co dopiero dla małego dziecka. Co zrobisz, rzucisz to wszystko? - przysunęłam się do niego. - Zrezygnujesz z kariery, pieniędzy i panienek gotowych zrobić dla ciebie wszystko? No dawaj, James. Kilka porcji misoprostolu i po bólu. Po co mamy marnować życie i młodość?
- Nie, Susie. Nie pozbędziesz się mojego dziecka. - wziął dwie paczki leków i poszedł z nimi do łazienki, a ja krzycząc, pobiegłam za nim. Patrzyłam ze łzami w oczach, jak wszystkie tabletki, jedna po drugiej, znikają w toalecie.


Dave
- Dave! - usłyszałem donośny głos mojej dziewczyny. Ściągnąłem poduszkę z głowy i popatrzyłem na nią zamglonym spojrzeniem. Podeszła do mnie i odgarnęła mi włosy z twarzy. - Ty pierdolony ćpunie! Idź do lustra i zobacz swoje źrenice!
- Spierdalaj! Mam cię dosyć! - przekręciłem się na drugi bok, a ona ściągnęła ze mnie kołdrę.
- Gdzie wczoraj byłeś?! Z kim tym razem mnie zdradziłeś?!
- Z nikim, do cholery. Mojej kochanki nie ma od ponad dwóch miesięcy...
Leslie wybuchnęła płaczem. Rozbiła szklankę, która stała na szafce nocnej i wybiegła z mojej sypialni. Nie przejąłem się nią. Spojrzałem w stronę okna. Słońce próbowało przedzierać się przez ciemne zasłony. Podniosłem się z łóżka i przeciągnąłem się. Ominąłem stłuczone szkło i wciągnąłem na siebie dżinsy, które leżały na oparciu krzesełka.
To dziwne, ale martwiłem się o Susie. Zastanawiałem się czy nie przedawkowała i nawet szukałem jej nazwiska w nekrologach w gazecie. Później myślałem o Jamesie, który pewnie dowiedział się o naszej znajomości i zabronił jej się ze mną widywać.
Chciwy skurwiel. Dlaczego nie mógł po prostu się nią podzielić? Zabrał tyłek w trasę i zostawił ją samą. Myślał, że nikt się nią nie zaopiekuje w tym czasie? Nie potrafił jej zapewnić takich rozrywek jak ja. Nie umiał się bawić tak jak ja. Ja i Su byliśmy dla siebie stworzeni.
Wyciągnąłem z szafy koszulkę Iron Maiden i założyłem ją. Wyszedłem z sypialni, przeczesując palcami włosy. Kiedy ubierałem buty, Leslie pojawiła się w przedpokoju. Popatrzyłem na jej potargane blond włosy i zaczerwienione oczy.
- Dokąd idziesz?
- Do dilera.
- Dave!
- Daj mi, kurwa, spokój. Znajdź sobie w końcu jakieś zajęcie, nie wiem, idź do pracy, idź do fryzjera, znajdź sobie nawet kochanka, już mi wszystko jedno. - zarzuciłem na siebie moją ramoneskę i wsunąłem na nos okulary przeciwsłoneczne. - Tylko przestań mnie pouczać i wpierdalać się w to co robię.
Wyszedłem z domu i z zadowoloną miną skierowałem się do Jamesa. Trzeba było wyjaśnić sobie parę spraw. Nikt nie będzie zabierał ode mnie najlepszej laski jaką poznałem i zabraniał jej na spotkania ze mną. Byłem na miejscu po jakichś dwudziestu minutach. Zadzwoniłem grzecznie do drzwi, jednak nikt nie otwierał. Zapukałem. Znowu nic.
- Susie, ty ździro, otwieraj! - zacząłem walić w drzwi. - James!
Dalej cisza. Usłyszałem za sobą hałas i odwróciłem się. Jakaś starsza kobieta z mieszkania naprzeciwko patrzyła na mnie z oburzeniem.
- Co się pan tak dobija?!
- Przyszedłem do dziewczyny!
- Jakiej dziewczyny?! Tej blond ćpunki, co tu mieszka?!
- Tak, dokładnie do niej. Jeszcze zapomniała pani dodać, że jest dziwką.
- Nie ma jej. Ten jej chłopak, James, zabrał ją ze sobą. Może ze dwa miesiące temu.
Czyli jednak zabrał ją ze sobą w trasę. Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się. Myślał, że jak wróci to Su nie przyleci do mnie na kolanach i nie będzie mnie błagać o działkę? Myślał, że nie będzie prosiła o to, żebym znowu ją zerżnął? No to się grubo mylił.
- To ilu ona ma w końcu tych chłopaków?! - wyrwał mnie z zamyślenia głos tej wścibskiej sąsiadki.
- Nie wiem, ona się z każdym puszcza.
- Co za patologia! - krzyknęła i weszła do mieszkania, zamykając z hukiem drzwi.
Wyszedłem z budynku i skierowałem się od razu do mojego dilera.