Po pięknym ślubie i cudownej nocy poślubnej, Mel i James wybrali się w podróż poślubną do cudownego Playa del Carmen w Meksyku. Opieką nad dzieciakami wszyscy sprawiedliwie się podzielili: pierwszy tydzień mieli mieszkać z Shanell i Nickiem, drugi z Judy i Davidem, a trzeci z Roxxi i Larsem. Dawali sobie radę i starali się nie wydzwaniać do Jamesa i Melanie, aby mogli nacieszyć się sobą i odpocząć przez ten czas.
Obydwoje całymi dniami wylegiwali się na plaży, zwiedzali lub po prostu relaksowali się w swoim pokoju hotelowym, a wieczorami bawili się w klubach i na różnych imprezach.
Po jednej z imprez na plaży i kilku wypitych szklankach Margarity, Mel i James wrócili do swojego pokoju hotelowego. Jam poszedł wziąć prysznic, a Melanie wyciągnęła z jednej z walizek pudełko i położyła się z nim na łóżku. Otworzyła je. Zobaczyła jeden z rysunków Sophii, który przedstawiał całą ich rodzinę. Momentalnie uśmiechnęła się do siebie. Pod spodem znajdowała się również laurka od Nathana. Wzięła ją do ręki i otworzyła. Krzywym pismem były napisane tam życzenia z okazji Dnia Matki. Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Po chwili z łazienki wyszedł James. W mokrych włosach, owinięty w pasie ręcznikiem. Wyglądał niesamowicie seksownie. Podszedł do łóżka i usiadł obok swojej żony.
- Co robisz?
- Nic. - szepnęła i ukradkiem wytarła łzę. Jam zauważył to.
- Co jest? Dlaczego płaczesz?
- Patrz na to. - Mel podsunęła mu zdjęcie pod nos. Chłopak wziął do ręki fotografię i uśmiechnął się.
- Nessa ma je oprawione w ramkę i powieszone na ścianie. - powiedział James.
- To jest chyba najsłodsze zdjęcie Nathana jakie mamy.
- Patrz na to. - Jam wyciągnął z pudełeczka kolejne zdjęcie.
- Zdjęcie z waszej próby. - uśmiechnęła się Melanie.
- Mhm... ciekawe czy pójdzie w moje ślady...
- Skoro odmawia obcięcia włosów, to już jest na dobrej drodze.
- Pamiętasz jak Sofi koniecznie chciała chodzić na balet? Nie dawała nam żyć kiedy nie chcieliśmy jej zapisać. - James pokazał Mel następną fotografię.
- Pamiętam. Ale przynajmniej jej się nie znudziło...
Chłopak wziął do ręki inne zdjęcie i przez chwilę dokładnie mu się przyglądał. Melanie przysunęła się do swojego męża i również przyjrzała się fotografii.
- Prześliczne jest to zdjęcie. Robił je chyba Ryan, menadżer Shan, prawda? - upewniła się Mel. James wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od zdjęcia.
- Nie wiem...
- Co tak patrzysz na to zdjęcie?
- Zawsze mówiłem sobie, że gdyby nie ty, Sofi i Nathan, to już dawno bym był martwy albo siedział w więzieniu, a w sumie niedługo... to i tak stracę to wszystko...
- O czym ty mówisz? - Melanie spojrzała na niego z lekkim przerażeniem.
- Chodzi mi o to, że doskonale pamiętam te dni, kiedy ich rodziłaś. Mam wrażenie, jakby to było wczoraj. A Nath przecież niedługo pójdzie do szkoły, Sofi tak samo... Za chwilę będą dorośli i się wyprowadzą...
- To chyba dobrze, że będą chcieli być samodzielni i żyć na własny rachunek. Nie oznacza to od razu, że o nas zapomną i nie będą nas odwiedzać ani nawet dzwonić.
- Ale kiedyś pewnie będą chcieli mieć własne rodziny i nie będziemy już dla nich tacy ważni jak teraz, prawda? Już zresztą Nathan podkochuje się w koleżankach z przedszkola, a Sophia chodzi z Masonem za rękę. Myślisz, że o tym nie wiem?
- Nie mówiłam ci o Sophii i Masonie. Nie chciałam cię denerwować, że twoja córeczka ma chłopaka. - zaśmiała się Melanie.
- Przestań. - mruknął z uśmiechem James i wziął do ręki następne zdjęcie. - Jak myślisz? Pasują do siebie?
- Jam, oni mają dopiero po 6 lat...
- Ja miałem 18 lat kiedy byłem pewny, że jesteś idealną kobietą dla mnie. Ty miałaś wtedy 17.
- Naprawdę? - zdziwiła się. - Zaczęliśmy się spotykać, kiedy ja miałam 19, a ty 20 lat. Znałeś mnie wcześniej?
- Często wychodziłaś razem z Shanell ze szkoły. A że ja kolegowałem się z Dave'em, a oni razem chodzili, to zawsze przychodziłem razem z nim pod waszą szkołę. Chociaż to dopiero Cliff namówił mnie, żebym do ciebie zagadał. - opowiedział uśmiechnięty James.
- I dopiero teraz się o tym dowiaduję? Że gdyby nie Cliff, to nie byłoby pierwszej randki, po której dowiedziałam się, że jestem w ciąży, tak?
- No raczej tak. Wiesz, że byłem nieśmiały.
- Weź. - zaśmiała się dziewczyna i wyciągnęła z pudełka następną fotografię. - Ukochane zdjęcie Judy.
- Nie widziałem tego wcześniej. - chłopak spojrzał na zdjęcie i pokręcił z uśmiechem głową. - Ciekawe, czy znowu trafi im się chłopak.
- Możliwe. Judy mówiła, że nie ma żadnych problemów z cerą ani niczym innym, mówi, że nawet nie tyje. A ponoć to właśnie dziewczynki odbierają całą urodę...
- Tobie nie odebrała. - James pogłaskał ją po policzku, a następnie delikatnie pocałował. - Nigdy nie wyglądałaś tak pięknie jak teraz.
- Przestań. - zawstydziła się dziewczyna i rzuciła wzrokiem na kolejną fotografię. - Uwielbiam te jego loczki.
- To zdjęcie przed pierwszym koncertem Nathana. Koniecznie chciał, żebyśmy go wzięli do klubu, bo chciał zobaczyć jak gramy i czy będzie dużo ludzi. Pamiętam, bo ja je robiłem.
- Nie wiem. Ale jest śliczne.
- To nie jest przypadkiem zdjęcie z zeszłych wakacji? - James pokazał swojej żonie następną fotografię.
- Tak. Było robione na placu zabaw obok bloku Dave'a.
- Racja. A patrz na to. - Jam podsunął jej pod nos kolejne zdjęcie.
- O nie... Kochanie, nie, proszę...
- Uwielbiam to. Zawsze na nie patrzę, kiedy próbuję napisać tekst piosenki.
- Przestań, oddaj mi je. - dziewczyna wyrwała mu fotografię z ręki.
- Dlaczego?
- Nie chcę, żebyś inspirował się moimi zdjęciami.
- Jakbym inspirował się zdjęciami innych dziewczyn, to byłabyś zła.
Mel popatrzyła na niego zmieszana i wyciągnęła z pudełeczka następną fotografię.
- A to może być?
- Może. Jest śliczne. - Jam ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją namiętnie. Melanie wyrwała się w końcu z jego objęć i zaśmiała się.
- Ale jest tylko dla ciebie. Inni mają go nie oglądać.
- Jasne. Tylko dla mnie.
- Patrz na to! - dziewczyna pokazała mu kolejną fotografię. - Z koncertu Scorpionsów!
- O ja pierdolę, kto mi to robił...?
- Nie wiem, ale jest świetne. Chociaż i tak nic nie pobije tego. - Mel wyciągnęła z dna pudełka swój największy faworyt.
- Ulubione zdjęcie Shanell. - uśmiechnął się James.
- Shan wie co dobre. Ja też je uwielbiam. Sofi ma po tobie uśmiech. - Melanie wtuliła się w swojego męża.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- Popatrz na to. - Jam nagle wyciągnął z pudełka kolejną fotografię swojej żony.
- Zdjęcie z Atlanty. Chyba sprzed 2 lat.
- Długo wynagradzałaś mi to, że tam z tobą pojechałem. - zaśmiał się James. Mel pokręciła głową.
- Wszystkie twoje zdjęcia wychodzą najlepiej, kiedy nie masz pojęcia, że ktoś ci je robi. - uśmiechnęła się dziewczyna i pokazała mu następną fotografię.
- Lipiec '88, urodziny Nicka? - domyślił się Jam. Mel kiwnęła głową.
- Tak... Zapamiętane głównie ze względu na to, że Nick narzygał sobie i Shan na łóżko w sypialni.
Chłopak pokręcił z uśmiechem głową i schował wszystkie zdjęcia do pudełeczka. Zamknął je i odłożył na szafkę nocną, a następnie pomógł rozebrać się Melanie, zgasił światło i zasnęli wtuleni w siebie.
***
Tydzień później Melanie i James wrócili z podróży poślubnej. W ich życiu zaszło kilka drobnych zmian. Mel w końcu podpisywała się nazwiskiem swojego męża, a Jam coraz częściej myślał o tym, że dzieciaki niedługo dorosną i się wyprowadzą. Bez przerwy prosił swoją żonę o to, aby postarali się o trzecie dziecko, jednak Mel kategorycznie odmawiała i nawet nie chciała słuchać jego bezustannych próśb i błagań.
Któregoś piątkowego wieczoru, kiedy Melanie była w pracy, a Sophia i Nathan na urodzinach koleżanki, James siedział sam w mieszkaniu i grał na gitarze. W pewnym momencie usłyszał dzwonek do drzwi. Odłożył na bok swoją gitarę i pobiegł otworzyć. Zobaczył stojącego na progu Dave'a ze zniszczonym latawcem w ręce. Wszedł powoli do środka i popatrzył na Jamesa ze smutną miną.
- Patrz co znalazłem... - powiedział cicho, oglądając latawiec z każdej strony.
- Dave, co to kurwa jest? Po co znosisz mi śmieci do domu?
- Naprawmy go...
- Ty jesteś normalny? - zirytował się lekko Jam. - Co się z tobą człowieku dzieje? Ja cię nie poznaję. Znowu zacząłeś ćpać?
- James... Musisz mi pomóc...
- W czym? Co się dzieje?
- Do mojego bloku, do tej samej klatki wprowadziła się dziewczyna... Diana... - zaczął opowiadać drżącym głosem rudy chłopak. Odłożył zniszczony latawiec na podłogę, a James uśmiechnął się pod nosem. - No i... zakochałem się...
- Serio...? - Jam spojrzał na niego niepewnie. Dave ostatni raz tak naprawdę był zakochany w Shanell. Miał wtedy tylko 17 lat.
- Nigdy czegoś takiego nie czułem... Ja wariuję jak ją widzę... Nawet do Shan nie czułem czegoś takiego, a naprawdę ją kochałem i traktowałem nasz związek poważnie... - Dave wplótł palce we włosy i chodził nerwowo po salonie. - Diana wprowadziła się jakiś czas temu do jednego z mieszkań w moim bloku. I nie potrafię normalnie funkcjonować od dnia, kiedy ją zobaczyłem... Nie mogę spać, nie mogę jeść... Nawet wyrzuciłem z mojego mieszkania Kelly, tę laskę z wieczoru kawalerskiego, z którą tak bardzo chciałem się jeszcze spotkać... Dla mnie teraz istnieje tylko jedna kobieta... Diana...
James głośno westchnął i usiadł na sofie. Spojrzał na Dave'a, który nerwowo chodził po pokoju i ciężko oddychał.
- A wiesz o niej cokolwiek? Rozmawiałeś z nią?
- Nie... Jedynie kilka razy powiedziała "cześć", kiedy zobaczyła mnie na klatce schodowej... - powiedział nieśmiało i popatrzył niepewnie na Jamesa. - No i... wiem, jest samotną matką. Ma malutkie kilkumiesięczne dziecko...
- Ciężka sprawa... - stwierdził Jam. - Ale tak właściwie to czego ode mnie oczekujesz?
- Żebyś doradził mi, co mogę zrobić, żeby mnie zauważyła. Gdzie mógłbym ją zaprosić, o czym mogę z nią porozmawiać... Ja nie chcę żeby ona poznała mnie... takiego... Nie wiem, czy chciałaby zadawać się z kimś takim jak ja...
- Dave, nie możesz udawać kogoś, kim nie jesteś. Bądź sobą. - uśmiechnął się James i popatrzył na zrozpaczonego Dave'a. Głośno westchnął. - Dobra, pomogę ci. Chodź do kuchni.
Dave poszedł za przyjacielem i usiadł przy stole kuchennym. Jam w kilkanaście minut przygotował kolację. Postawił przed rudym chłopakiem talerz ze spaghetti, zapalił świecie i usiadł naprzeciwko niego.
- I to zrobi ze mnie dżentelmena? - spytał Dave, grzebiąc widelcem w swoim daniu.
- Tak. Twoje maniery jedzenia są niezbyt... - James szukał odpowiedniego słowa. Zobaczył, że Dave zaczął już jeść. Całą twarz miał brudną od sosu, makaron leciał mu z buzi, a ten nie zwracał na to najmniejszej uwagi. - No właśnie... Co ona pomyśli, jak pójdziecie na obiad do restauracji, coś do niej powiesz i makaron będzie ci leciał z gęby?
- To co, mam najpierw przegryźć i połknąć? - zapytał z pełną buzią.
- Tak.
Nagle do mieszkania wparował Lars. Spojrzał na chłopaków siedzących przy stole i uśmiechnął się.
- Jam, Roxxi zostawiła tutaj ostatnio swoją kurtkę. Gdzie ona jest?
- Wisi na wieszaku.
Duńczyk rozejrzał się po przedpokoju i zauważył skórzaną ramoneskę swojej dziewczyny. Ściągnął ją i podszedł jeszcze do Dave'a i Jamesa.
- Co tam robicie?
- James uczy mnie być dżentelmenem. - opowiedział rudy chłopak.
- To cześć. - pożegnał się szybko Lars i już zmierzał do wyjścia, jednak Jam go zatrzymał.
- Zaczekaj. Przydasz nam się.
Chłopak podszedł niepewnie do swoich przyjaciół.
- Davie, stań naprzeciwko Larsa.
Dave zrobił to posłusznie. Bez słowa stanął na wprost Duńczyka i patrzył na niego z wyższością i kamiennym wyrazem twarzy. James stanął obok nich.
- Dobra. Davie, wyobraź sobie, że Lars to Diana.
- Poczekaj. - powiedział po chwili i podszedł do jednej z szafek kuchennych. Wyciągnął z niej papierową torbę i założył ją Larsowi na głowę. James zmarszczył brwi.
- Co ty robisz...?
- Jak mam udawać że Lars mi się podoba, kiedy patrzę na jego twarz?!
- Dobra, niech ci będzie... - mruknął Jam i wziął głęboki oddech. - Wyobraź sobie, że stoisz przed Dianą. Zagadaj do niej.
- Cześć mała. - powiedział z czarującym uśmiechem, a blondyn przewrócił oczami.
- Na taki tekst to wyrwiesz tylko jakieś nastolatki z dyskoteki.
- To co ja mam mówić?!
- Nie wiem! Ja nie będę przecież za ciebie z nią rozmawiał! Zapytaj co u niej, jak się czuje, czy miałaby ochotę gdzieś z tobą wyjść...
- Cześć Diana. - zaczął po raz kolejny Dave. - Co słychać? Może miałabyś ochotę gdzieś ze mną wyjść?
- No. Jest w porządku. - uśmiechnął się James.
- Ale gdzie mógłbym ją zaprosić?
- Na spacer... na kolację do restauracji... na kawę...
- Mogę już iść? - odezwał się nagle Lars.
- Możesz. - powiedział blondyn. Duńczyk ściągnął torbę z głowy i wziął ze jeden z talerzy. Chłopcy popatrzyli na niego, unosząc brwi.
- Zasłużyłem na spaghetti. - stwierdził i wyszedł z mieszkania Jamesa. Ten pokręcił tylko głową, a po chwili rzucił wzrokiem na zegarek.
- Dave, ja muszę jechać po dzieciaki.
- Ja też wracam już do domu. - powiedział i poprawił swoje włosy. - To na razie.
- Trzymaj się.
Dave wyszedł z mieszkania, zbiegł z 3. piętra i od razu ruszył na stację metra. Po kilkunastu minutach był już pod swoją kamienicą. Wszedł do klatki schodowej i gdy stanął już pod swoimi drzwiami zobaczył, że po schodach wchodzi Di ze swoim kilkumiesięcznym synkiem w nosidełku. Spojrzał na nią wielkimi oczami, a ona delikatnie się uśmiechnęła.
- Cześć. - powiedziała cicho.
- Cz-cześć... - wykrztusił w końcu Dave. Diana ruszyła na swoje piętro, a rudy chłopak nie mógł się ruszyć. Oparł głowę o zimne drzwi. Stał tak przez kilka minut, aż w końcu głośno westchnął i niechętnie wszedł do swojego pustego mieszkania.











