- Lars, do chuja, pomóż mi w końcu! - krzyknęła Roxxi, wchodząc do salonu, gdzie Lars leżał i oglądał telewizję.
- Czego ty kurwa ode mnie chcesz?
- Rusz w końcu ten swój duński tyłek i pomóż mi zrobić coś do jedzenia!
- Nie możesz sama? - spytał, nie patrząc na nią.
- Zaprosiłam wszystkich na kolację, a nic nie jest jeszcze gotowe!
- Po co ich zapraszałaś? Znowu wyżrą mi pół lodówki.
- Ty u nich robisz dokładnie to samo.
- Przecież wiesz, że ja lubię jeść.
Roxanne przewróciła oczami.
- Dobra, skończmy tę beznadziejną dyskusję i chodź do kuchni.
- Zajmij się tym sama, chcę obejrzeć w spokoju mój serial...
- Mam czekoladę. - oznajmiła z uśmiechem dziewczyna.
- Jaką? - zaciekawił się.
- Z orzechami. Twoją ulubioną.
- Już idę. - ożywił się nagle i poszedł ze swoją dziewczyną w stronę kuchni. - To co robimy?
Roxxi sięgnęła po książkę kucharską i zaczęła ją przeglądać.
- Może rybę po grecku?
- Eee... Nie znoszę ryby.
- Wiem, Lars. - powiedziała, puszczając mu oczko. - To może omlet z truskawkami?
- Brzmi dobrze... - zamyślił się i podszedł do niej, po czym delikatnie pocałował ją. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i odwzajemniła jego pocałunek. Bez słowa usiadła na stole, a on zaczął całować jej szyję. Przez moment rozkoszowała się ciepłem jego warg, ale po chwili odsunęła się od niego i zeskoczyła ze stołu.
- W nocy będziemy kontynuować. A teraz pomóż mi przy kolacji.
- Mhm, no dobrze...
Lars wyciągnął z lodówki jajka i masło, a Roxxi podeszła do szafki kuchennej i wyjęła mąkę.
- Kochanie, gdzie są truskawki?
- Zjadłem. - Lars spuścił wzrok.
- To teraz bierz kasę i zapierdalaj do sklepu.
Chłopak założył szybko swoje białe dunki, schował pieniądze do kieszeni i wyszedł z mieszkania. Zbiegając na dół o mało co nie potknął się o bezdomnego leżącego na schodach.
- O, witam, witam. - przywitał się mężczyzna. - Co u pana słychać?
- Żaden pan. Jestem Lars. - podał rękę i uśmiechnął się promiennie.
- Więc Lars... Co u ciebie słychać? Co u twojej pięknej żony? - spytał bezdomny.
- Jeszcze nie żony. Ale dobrze, dziękuję, że pan pyta. Przepraszam, ale śpieszę się do sklepu.
- A mógłbyś pożyczyć mi 30 centów?
- Teraz nie mam. Ale kiedy rozmienię pieniądze to dam panu nawet dolara.
- Uuu, to ja czekam.
Lars wyszedł z klatki i skierował się w stronę supermarketu. Kupił truskawki i po kilku minutach spotkał bezdomnego. Tak jak obiecał, dał mu dolara i wrócił do domu.
- Co tak długo? - spytała Roxxi, zaglądając do przedpokoju.
- Zagadałem się...
- Z kim?
- No... - zawahał się. - Z tym bezdomnym z naszej klatki.
- Że co?!
- Nie wiem co ty do niego masz. To jest porządny koleś. Chętnie bym mu pomógł.
- To pomóż. Zaproś go do nas. Niech sobie z nami mieszka.
- Naprawdę? - spytał pełen nadziei.
- Jasne. - odpowiedziała sarkastycznie dziewczyna. - Odstąpmy mu jeszcze naszą sypialnie i niech śpi sobie w naszym łóżku, a my pójdziemy na podłogę.
- Roxxi, ty jednak masz dobre serce! - Lars rzucił się na nią i przytulił ją. - To ja pójdę po niego i...
- Ja tylko żartowałam. - powiedziała donośnie i pociągnęła go za sobą w stronę kuchni. - Masz mi pomóc przy omletach, a nie zajmować się głupotami.
- To nie mogę mu pomóc?
- Będziesz mógł mu zanieść później resztki kolacji.
- Dobre i to. - uśmiechnął się i zaczął kroić truskawki.
Roxanne położyła na kilku talerzach usmażone na złoto omlety, a na nich ułożyła pokrojone truskawki lekko posypane cukrem. Całość pochlapała jogurtem naturalnym i udekorowała bitą śmietaną.
Kiedy stół był już nakryty, do mieszkania zaczęły przychodzić pierwsze osoby. Pierwszymi, którzy przyszli, byli Marty i Kirk.
- Roxxi, jakiś bezdomny na klatce schodowej pytał o Larsa i... - zaczął Martin, ale dziewczyna zakryła mu dłonią usta.
- Ani słowa o nim przy Larsie. - mruknęła tuż przy jego uchu. - Jeszcze go tutaj przyprowadzi...
- To dobrze, ten facet wydaje się być miły i...
- Marty!
- No dobra, dobra... - burknął pod nosem i wyciągnął z szafki mały talerzyk. Nałożył sobie na niego mnóstwo bitej śmietany, wziął łyżeczkę i poszedł do salonu.
- ...i kurwa muszę sobie kupić nowe struny do gitary, bo tamte są zjebane. - wszystkich dobiegł głos Jamesa z przedpokoju.
- Nie odzywaj się tak przy dzieciach. - upomniała go Melanie, trzymając Nathana za rękę.
- Mhm, ok. - mruknął i posadził Sophię na komódce. Ściągnął jej buty i postawił ją na ziemi, a zaraz po tym wszedł z nią, Nathanem i Melanie do salonu.
- Cześć chłopcy. - przywitała się dziewczyna z Martym i Kirkiem. - Gdzie Roxxi?
- W kuchni. - odpowiedział Martin, oblizując łyżeczkę. - Chcesz trochę bitej śmietany?
- Nie, dzięki. Idę pomóc Roxxi.
Dziewczyna poszła do kuchni, gdzie Roxanne siedziała na parapecie przy otwartym oknie i paliła papierosa. Od razu się uśmiechnęła, kiedy dostrzegła Melanie.
- Hej mała. Jak tam?
- Dobrze, a co tu tak mało osób? Gdzie reszta?
- Nicky idzie. - powiedziała, wskazując ruchem głowy na postać, która wchodziła do bloku. Melanie doskoczyła szybko do okna, ale nie zdążyła już nikogo zobaczyć. - Judy i David jak zawsze się spóźnią, tak samo jak Dave, a Shanell i Cliff... nie wiem.
- Jak to nie wiesz, nie zaprosiłaś ich?
- Zaprosiłam. Ale z nimi to nigdy nic nie wiadomo.
- W sumie to racja... Obstawisz mi trochę? - spytała, patrząc na jej wypalonego do połowy papierosa. Dziewczyna kiwnęła głową, zaciągnęła się jeszcze dwa razy i dała jej papierosa. - Tak w ogóle to widziałam się dzisiaj z Shanell. Chciałam, żeby poszła ze mną do galerii, bo chciałam kupić sobie jakieś spodnie.
- I kupiłaś?
- Tak.
- Kurwa, nigdy więcej nie pojadę metrem! No kurwa nigdy! - wszyscy usłyszeli krzyk Nicka z salonu. Dziewczyny zaczęły się przysłuchiwać, ale nie wyszły z kuchni. - Czytam sobie spokojnie jakąś ulotkę, aż tu nagle pociąg się zatrzymał i słyszę: "Nastąpiła awaria. Naprawa potrwa od pół godziny do godziny". Myślałem, że mnie tam rozpierdoli! Siedziałem zamknięty tam przez jakieś 40 minut z jakimiś świrami! - opowiadał krzykiem, wymachując rękami. Przy ostatnim słowie chwycił sok pomarańczowy stojący na stole i napił się z kartonu.
- Kurwa, ja chciałem się z tego napić. - powiedział Kirk z niesmakiem.
- To pij! - krzyknął Nick po raz kolejny i rzucił w niego kartonem. Kirk przewrócił oczami i nalał sobie do szklanki trochę soku.
- Apropo metra... - zaczęła Melanie i zgasiła papierosa. - Kiedy powiedziałam Shanell, żebyśmy pojechały samochodem, zaczęła jakoś nerwowo mówić, że nie, że woli metrem. Przecież ona uwielbia jeździć samochodem. Od kiedy woli metro?
Roxanne zmarszczyła brwi.
- Nie wiem... - mruknęła i zaczęła przyglądać się swoim paznokciom u stóp.
- Masz nowy kolor. Śliczny. - oceniła Mel.
- Piękny, nie? - Roxxi natychmiast się ożywiła i zaczęła wymachiwać stopami przed jej twarzą. - Nazwałam go: "Jajecznica z pieprzem".
- Wooooow. - spojrzała na nią z uznaniem, a po chwili wybuchnęła śmiechem. - Co dzisiaj na kolację?
- Omlety z truskawkami.
- Myślałam, że jajecznica...
Roxanne obrzuciła ją wrogim spojrzeniem, kiedy Melanie cicho się podśmiewała. Po chwili jednak sama do niej dołączyła.
- Chodź, zaniesiemy to już. - Roxxi wzięła dwa talerze i ruszyła w stronę salonu. Tak samo jak Melanie. Kiedy weszły do pomieszczenia, zobaczyły, że Shanell z Cliffem już są. - Ooo, cześć wam. Myślałam już, że nie przyjdziecie.
- Korki były. - powiedział Cliff, po czym odgarnął kosmyk włosów z twarzy Shanell i założył jej go za ucho.
- A gdzie Dave...?
- Jestem. - krzyknął z korytarza. - Judy i David są jeszcze przed blokiem, bo Mason znowu strzelił jakiegoś focha.
- Mel, jak Jaymzowi podobają się twoje nowe spodnie? - zapytała nagle Shanell.
James zakrztusił się i z hukiem odstawił szklankę na stół.
- Podobały mu się... dopóki nie powiedziałam ile za nie zapłaciłam.
- Taa... skąd ja to znam... - powiedziała cicho Shan, stukając paznokciami w swoją pustą szklankę. - Roxxi, masz wodę?
- Tak, jest w lodówce.
Dziewczyna bez słowa poszła do kuchni, a w tym samym momencie wszyscy usłyszeli wchodzącego do salonu Davida.
- Na wszystko pozwalasz temu gówniarzowi. Jak tak dalej pójdzie to za jakieś 5 lat będą dzwonić do ciebie z komisariatu, żebyś odebrała swojego syna! - krzyczał do Judy, która była jeszcze z Masonem w przedpokoju.
- To co, mam używać ręki do wychowywania dziecka? - spytała, kiedy weszła do pomieszczenia. Mason bez słowa podszedł do Larsa i usiadł mu na kolanach.
- Ręki? Mój ojciec do wychowywania dzieci używał paska i bambusowego kija.
- I tak cię wychował, że skończyłeś na przymusowym odwyku narkotykowym.
- I na tym skończymy tę rozmowę. - zakończył temat David. - Głodny się zrobiłem.
- Przyniosę tylko widelce. - Roxanne zerwała się ze swojego miejsca i pobiegła do kuchni. Kiedy wróciła, rozłożyła na stole sztućce i usiadła przy stole między Dave'em, a Larsem. - Smacznego!
Wszyscy zaczęli jeść i rozmawiać. Każdy był zajęty sobą, jedynie Nickowi nie dawało spokoju zachowanie Shanell.
- Shan, dlaczego nic nie jesz? - spytał.
- Nie jestem głodna. - odparła.
- To może dać ci sałatki? - odezwała się Roxxi.
- Naprawdę nie mam ochoty na jedzenie.
- Po kim jesteś takim niejadkiem? - zapytał Lars, kończąc swój posiłek.
- Pewnie po tej prostytutce co ją urodziła. - palnął Dave.
Shanell bez słowa popatrzyła na wszystkich, a jej oczy zaszkliły się. Wstała ze swojego miejsca i poszła do łazienki.
- Pojebany jesteś? - odezwała się Judy do rudego chłopaka. Zmierzyła go wrogim spojrzeniem i poszła za swoją przyjaciółką.
- Kurwa, co ty zrobiłeś? - zirytował się Lars. - To nie jej wina, że jej biologiczna matka była prostytutką...
- Widzieliście kiedyś w ogóle rodziców Shanell? - spytała nagle Melanie.
- Ja widziałam. - oznajmiła Roxanne. - Mają swoją firmę, często wyjeżdżają. Rzadko są w domu.
W tym samym momencie Judie weszła do salonu.
- Shanell poszła do domu.
- To ja też już idę. - Cliff wstał ze swojego miejsca. Pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł z mieszkania.
- Ale chodzi mi o jej biologicznych rodziców, a nie tych, którzy ją adoptowali. - szepnęła do wszystkich Melanie, kiedy usłyszała dźwięk zamykanych drzwi.
- Jej matka była prostytutką, a kiedy ją urodziła, oddała do domu dziecka. - powiedziała Judy jednym tchem.
- A jej ojciec? - zaciekawił się Marty.
- Nie zna swojego ojca. Matka też pewnie nie wie kto to jest.
- Dave, powinieneś ją przeprosić. - odezwał się nagle Kirk.
- Ehh, nie chciałem, żeby tak wyszło. Pójdę jutro do niej i ją przeproszę.
- Lars, masz coś słodkiego? - spytał Mason razem z Nathanem, kiedy podeszli do niego.
- Nie mam.
W tej samej chwili Sophia rozejrzała się i dostrzegła czekoladę leżącą na półce.
- A co tam leży? - zapytała, wskazując palcem na szafkę.
- Ale to moje!
- No podziel się z nimi! - Roxxi upomniała swojego chłopaka.
Lars tylko pokręcił przecząco głową i podszedł do półki. Wziął czekoladę i razem z nią zamknął się w swojej sypialni.
- Jaki samolub... - mruknął Mason, a Nathan i Sophia mu przytaknęli.
***
- Wydaje ci się. - odpowiedziała zamyślona.
- Chodzi o to, co Dave powiedział o twojej matce?
Dziewczyna zacisnęła oczy i zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nie.
Chłopak pokręcił głową zrezygnowany.
- Więc o co chodzi? - zapytał po chwili.
- O nic. Daj mi spokój. - powiedziała stanowczo i odwróciła się na drugi bok, odsuwając się od niego. Usłyszała tylko westchnienie swojego chłopaka, który też się odwrócił i zasnął.
Shanell nerwowo przewracała się z boku na bok. Chciała zasnąć, ale nie odczuwała potrzeby snu. Usiadła na łóżku i spojrzała na Cliffa. Najpierw na jego długie brązowe włosy, potem na jego twarz, a później na jego klatkę piersiową. Przejechała palcem po jego dolnej wardze, a on delikatnie poruszył się.
Wstała z łóżka i zaczęła chodzić po sypialni. Podeszła do krzesła, na którym leżała jej torebka i wyciągnęła z niej paczkę papierosów. Wyjęła jednego i schowała z powrotem opakowanie. Zaczęła szukać nerwowo zapalniczki w kieszeniach swoich szortów. Kiedy w końcu ją znalazła, wyszła na balkon i odpaliła papierosa.
- "Oh no, we don't need no lovin', no respect, cause it's all about the sex...". - zanuciła cicho, opierając głowę o futrynę drzwi balkonowych. Rozmyślała nad swoim życiem. O tym, co by było gdyby ciągle była normalną dziewczyną pracującą w klubie nocnym, o swojej rozwijającej się karierze modelki i konkurencji jaka panowała w tej branży.
Nagle z zamyślenia wyrwał ją dźwięk telefonu. Zgasiła papierosa i pobiegła szybko do salonu, żeby odebrać.
- Słucham?
- O, cześć Shan, tu Dave. Przepraszam, że cię budzę, ale...
- Co chcesz?
- Miałem przyjść do ciebie jutro, ale nie mogę zasnąć i chciałbym to teraz wyjaśnić.
- Do rzeczy.
- Przepraszam za to, co dzisiaj powiedziałem. Zawsze najpierw mówię, a potem myślę i nie wychodzi mi to na dobre... Dopiero teraz, jak to wszystko dokładnie przemyślałem to zrozumiałem, że moje słowa naprawdę musiały cię zaboleć...
- Przyjmuję przeprosiny.
- Naprawdę? - zdziwił się.
- Tak, naprawdę.
- Cieszę się i...
- Wybacz Davie, ale chcę iść spać. - przerwała mu. - Jest 3:00 w nocy.
- Tak, jasne.
- Trzymaj się.
- Ty też. Dobranoc. - powiedział na koniec, a ona odłożyła słuchawkę. Ruszyła w stronę sypialni, a kiedy otwierała drzwi, wpadła na Cliffa.
- Kto dzwonił? - spytał, pocierając oczy.
- Dave...
- Pojebało go? On nie ma zegarka w domu? Jest 3:00 w nocy!
- Chciał mnie przeprosić za to, co dzisiaj powiedział.
- Przyjęłaś przeprosiny?
- Mhm. - mruknęła, kładąc się do łóżka i przykrywając kołdrą. - Kładziesz się?
- Tak. - odpowiedział z uśmiechem i położył się obok niej, przytulając ją do siebie.