Susie
- Rozgość się. - powiedziałam do Blake'a, wchodząc z nim do mojego mieszkania. Rozejrzał się i ściągnął swoją skórzaną kurtkę.
- Sama tu mieszkasz?
- Z chłopakiem. Nie gadajmy o nim.
Miałam nadzieję, że może go to jakoś zniechęci, ale myliłam się. Blake tylko uśmiechnął się do mnie i usiadł na blacie kuchennym. Wyciągnęłam z lodówki karton soku pomarańczowego i wlałam sobie do szklanki. W tym samym momencie usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Prawie się udławiłam. Nie spodziewałam się Jamesa o tej porze. Ja już chciałam panikować, a mój gość siedział niewzruszony. Do kuchni jednak nie wszedł Hetfield, tylko ten duński karzeł. Jakim prawem wchodził bez pukania do mojego domu?
- O, przyszedł pan chuj. - rzuciłam, odstawiając pustą szklankę na stół.
- Dziwka. James siedzi całymi dniami w studiu, a ty sprowadzasz sobie kochanków?
- To nie jest mój kochanek.
- Jasne.
Postanowiłam sobie trochę z niego pożartować.
- To płatny zabójca. Mówiłam, że cię załatwię.
Nie wiem, czy mi się wydawało, czy faktycznie cała pewność siebie Larsa uszła w niepamięć. Spojrzał podejrzliwie najpierw na mnie, a potem na Blake'a, który nie wiedział o co chodzi.
- Wszystko powiem Jamesowi!
- Ojej, leć do Jamesa, poskarż się! - zaczęłam go przedrzeźniać. - O ile zdążysz.
- Jesteś nienormalna! Nie nadajesz się do życia wśród ludzi!
- Masz rację. Jak widzę takich ludzi jak ty to mam ochotę zaszyć się w środku lasu z dala od cywilizacji, kąpać się w rzece i jeść to co sama upoluję.
Lars poszedł do sypialni, a po chwili wrócił z jakimiś zapisanymi kartkami. Hetfield najwyraźniej czegoś zapomniał i przysłał go tutaj.
- Wracam do studia, tam jest James i...
- Jak już tu jesteś to możesz powiedzieć Blake'owi jak wolisz zginąć. Ma cię otruć, zastrzelić, potrącić samochodem...? - spytałam. Ciężko było mi ukryć uśmiech.
- Mam nadzieję, że James cię w końcu zostawi... - rzucił pod nosem i wyszedł, trzaskając drzwiami. Blake spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
- Co to kurwa miało być?
- Witaj w moim świecie... - uśmiechnęłam się ironicznie.
Oby nie na długo.
James
Zaraz po wyjściu ze studia pojechałem do mojej siostry, żeby zostawić u niej Kendalla. Musiałem lecieć z zespołem na trzy dni do Kopenhagi, a taka podróż dla tak małego dziecka nie była dobrym pomysłem. Na Susie nie mogłem nawet liczyć.
Kiedy zostawiłem małego u Deanny razem z jego rzeczami, pojechałem na osiedle na którym mieszkała Kristen. Szybko złapałem jakiegoś sąsiada na klatce schodowej, który bez problemu powiedział mi w którym mieszkaniu mieszka. Pobiegłem na trzecie piętro i zapukałem do drzwi numer 28. Uchyliły się i zobaczyłem zdziwioną Kristen.
- James? Co tu robisz?
- Mogę wejść?
- Nie... - powiedziała cicho i wyszła z mieszkania, zamykając za sobą drzwi. - Skąd wiesz gdzie mieszkam?
- Nieważne... mam coś dla ciebie.
Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem z niej kasetę. Dziewczyna patrzyła na mnie niepewnie.
- Co to jest?
- Kaseta. Przesłuchaj w wolnym czasie. Jest tu tylko jeden utwór.
- Po co...?
- Zrób to dla mnie. Po prostu przesłuchaj.
- Dobrze... dziękuję... - spojrzała na kasetę, a ja się uśmiechnąłem.
- Muszę już iść. Jutro rano mam samolot do Kopenhagi.
- Zaczynasz trasę?
- Jeszcze nie. Sprawy związane z albumem. Ale już niedługo...
- Powodzenia... - skinęła ręką i weszła do środka, a ja z zadowoleniem wróciłem do swojego domu.
Devon
Dwa tygodnie po tym, kiedy wróciłem z Sherry do Arizony, dostałem od Alana telefon, że muszę wracać z powrotem do Los Angeles. Nie powiedział nawet dlaczego, twierdził jedynie, że to bardzo poważna sprawa. Trochę się przestraszyłem, więc powiedziałem mu, że przyjadę za dwa dni, jak ogarnę sprawy u siebie. Tym razem jechałem sam. Sherry nie miała ochoty widzieć znowu Alana, ale też nie dostała wolnego w pracy. Może to i lepiej.
Pojechałem do niego w poniedziałek z samego rana. Całą drogę denerwowałem się i zastanawiałem, co mogło się stać. Kiedy popołudniu byłem już na miejscu, Alan zachowywał się jak gdyby nigdy nic. Normalnie mnie przywitał, zrobił mi kawę, uśmiechał się, opowiadał o swojej nowej dziewczynie.
- Dlatego sprowadziłeś mnie tutaj? Bo masz nową dziewczynę?
- Co? Nie. Jestem z nią już od kilku miesięcy, po prostu ci o niej nie mówiłem, bo po co. To nic poważnego.
- Więc o co chodzi? - zdziwiłem się.
- Zobaczysz.
Przyszedł do salonu i postawił na stole dwa kubki kawy. Wrócił się jednak do kuchni i wrócił z trzecim.
- Dla kogo trzecia? Twoja dziewczyna przyjdzie?
- No... - zmieszał się.
Siedzieliśmy przez chwilę bez słowa, aż w końcu usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Alan zerwał się ze swojego miejsca i pobiegł do przedpokoju. Trochę się zdziwiłem, że jego dziewczyna nie ma kluczy do jego mieszkania, tylko musi pukać, żeby ją wpuścił. Ale może takie mają zasady...
Napiłem się i w tym samym momencie usłyszałem znajomy głos. Kobiecy...
Po chwili do pokoju wszedł Alan, ciągnąć za rękę roześmianą Susie. Prawie poplułem się kawą, a Su... delikatnie mówiąc, również się zdziwiła.
- Alan? Co to ma znaczyć? - spojrzała na niego podejrzliwie.
- Właśnie. - potwierdziłem i wstałem ze swojego miejsca.
- Siadajcie, zaraz wam wytłumaczę...
- Co wytłumaczysz?! - krzyknąłem w jego stronę.
- Właśnie, okłamałeś mnie! - odezwała się podniesionym tonem Su.
- Jezu, uspokójcie się. Usiądźcie, zaraz wam wszystko opowiem... no... - odsunął krzesło dla Susan. - Usiądźcie.
Usiedliśmy, mimo że obydwoje mieliśmy ochotę zrobić mu krzywdę.
- Zrobiłem ci kawę, Susie.
- Wolę herbatę. Zieloną.
- Zrobię ci! - wziął jej pełny kubek i poszedł z nim do kuchni. Susie wbiła wzrok w ziemię, a ja przyglądałem się jej z boku. Zmieniła się. Wyglądała naprawdę dobrze. O wiele lepiej niż wtedy, kiedy ostatni raz ją widziałem. Kiedy ledwo stała na nogach, bo była tak naćpana.
- Wszystkiego najlepszego. - odezwała się w końcu.
- Co?
- Miałeś dwa dni temu urodziny. Trzeciego sierpnia. Trzydzieści dwa lata.
- Pamiętałaś...
Uśmiechnęła się lekko. Cholera, kiedy ja ostatnio widziałem ją uśmiechniętą?
- Wszystkiego dobrego. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze.
Popatrzyłem na nią lekko zszokowany. Nic nie odpowiedziałem. Raczej nie spodziewałem się takiego wyznania. Gdzie jest dawna, wulgarna i wyuzdana, Susie Johnson?
Szczerze mówiąc, teraz mnie to nie interesowało.
Po chwili wrócił Alan z herbatą dla Susie i usiadł między nami.
- Jak za starych dobrych czasów... - wyszczerzył się. - Ale przjedźmy do konkretów... wy nawzajem o sobie nie wiecie, ale... obydwoje byliście brani pod uwagę do prowadzenia AVN. I poprowadzicie galę, jeśli się zgodzicie... zgadnijcie z kim... ze mną!
Myślałem, że się przesłyszałem. Nieźle to sobie wykombinował.
- Nie powiedziałeś mi o Devonie, a Devonowi o mnie, bo myślałeś, że się nie zgodzimy? - spytała Susie.
- Dokładnie tak. Obydwoje pasujecie do siebie jak mleko do płatków, jak ser do tostów, jak masło do chleba, a najchętniej byście się chowali, żeby tylko się nie zobaczyć.
- Kto miałby jeszcze brać w tym udział? - Su zignorowała go. - Oprócz prowadzących i wszystkich gości, oczywiście...
- Już mówię. Będzie pełno dziennikarzy i fotografów, ale jeśli chodzi o naszą ekipę to będzie moja dziewczyna, Riley. Będzie przeprowadzać wywiady ze zwycięzcami na backstage'u. Dwie dziewczyny od przeprowadzana wywiadów ze wszystkimi na ściance, Sheila i Angie. No i trzech prowadzących: wy i ja, ja bardziej dla humoru, żeby rozśmieszać publiczność, bo wy jesteście sztywni. No i jeszcze dwie dziewczyny, Cathy i Zoey, które stoją za prowadzącymi i odprowadzają za kulisy zwycięzców. Dziewczyny raczej do ozdoby. Więc...?
Ja i Su popatrzyliśmy na siebie niepewnie. W końcu uśmiechnęła się.
- Ja się zgadzam. Chociaż przez chwilę będzie jak za starych dobrych czasów.
Teraz wzrok Alana przeniósł się na mnie. Co zresztą miałem do stracenia...?
- Dobra, ja też się zgadzam. Będzie to pierwsze i ostatnie AVN jakie poprowadzę.
- Wiedziałem! Trójka najlepszych przyjaciół znowu razem.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę razem i pogadaliśmy. Jeszcze dzisiaj chciałem wrócić do domu, więc musiałem się powoli zbierać, żeby nie jechać w nocy.
- Alan... - wstałem ze swojego miejsca. - Muszę już jechać... jak coś to dzwoń...
- Nie zostaniesz?
- Nie, nie chcę jeździć po nocach. A jutro muszę być już w domu.
- No jak chcesz... niedługo się zresztą zobaczymy... - wstał i poklepał mnie po plecach. Susie również podniosła się ze swojego miejsca. Przytuliła się na pożegnanie do Alana. Kiedy odsunęli się od siebie, sami nie wiedzieliśmy jak się pożegnać. Chciała mnie przytulić, ale jednak się rozmyśliła i skończyło się na podaniu dłoni. Z mieszkania wyszliśmy razem.
- Susie, chodźmy gdzieś razem. Pogadamy. Dawno się nie widzieliśmy.
- Właściwie i tak nie mam co robić... możemy iść.
Tego dnia nie wróciłem do Arizony.