Kirk
Wchodząc na górę, zacząłem przeszukiwać moje kieszenie. Wyciągnąłem z jednej z nich klucze do mieszkania. Kiedy stanąłem pod drzwiami, otworzyłem je i wszedłem do środka. Z pokoju Marty'ego usłyszałem głośne jęki jakiejś laski.
Przewróciłem oczami. Zbliżała się siódma rano, wracałem z nocnej zmiany w pracy. Pracowałem w kinie przy Wilshire Boulevard. Nie była to wcale lekka i przyjemna praca. Musiałem cały czas stać na nogach, użerać się z klientami, a po seansach sprzątać plastikowe kubki po piciu i rozsypany popcorn. Po powrocie do domu chciałem się tylko położyć do mojego łóżka i mieć odrobinę spokoju, a Marty od jakiegoś czasu bardzo mi to utrudniał i bez przerwy robił na złość. Zamykał mojego kota na noc w łazience lub na balkonie, zostawiał w lodówce pusty karton po mleku, a doskonale wiedział o tym, że codziennie rano robię sobie kawę z mlekiem, brał długie prysznice, sprowadzał sobie do domu jakieś dziewczyny, które w nocy darły się wniebogłosy.
Ściagnąłem moje adidasy za kostkę i zostawiłem klucze na komodzie. Podszedłem do drzwi Marty'ego i zapukałem głośno.
- Cicho tam! - krzyknąłem i ruszyłem w końcu do siebie. Rzuciłem się w ubraniach na łóżko i owinąłem się cały kołdrą. Jęki towarzyszki mojego współlokatora na chwilę przycichły, a zaraz po tym przyszła kolejna chwila uniesień. Nie wytrzymałem i zerwałem się ze swojego miejsca. Bez pukania wszedłem do pokoju Marty'ego. Obok niego leżała jakaś dziewczyna, którą pierwszy raz widziałem na oczy. Obydwoje popatrzyli na mnie ze zdziwieniem.
- Jest siódma rano. Właśnie wróciłem z nocnej zmiany. Chcę trochę pospać.
- Już siódma? O kurwa. Spóźnię się do pracy. - Marty próbował się wygrzebać spod kołdry i spadł z łóżka. Podniósł się i jak gdyby nigdy nic zaczął szukać jakichś ubrań. Zupełnie nago. Przymrużyłem oczy i powoli wycofałem się z jego pokoju. Wróciłem do siebie i znów się położyłem, wtulając twarz w poduszkę. Kiedy już przysypiałem, zorientowałem się, że czegoś mi brakuje...
- Lucky? - podniosłem lekko głowę i rozejrzałem się mętnym spojrzeniem po moim pokoju. Lucky to był mój kot, znalazłem go kilka miesięcy temu w piwnicy i przygarnąłem go. Zawsze jak wracałem z pracy od razu do mnie przylatywał, a dzisiaj było inaczej. Chcąc nie chcąc, znowu wstałem z łóżka i zacząłem szukać kota. Zajrzałem na balkon, ale nie było go tam. Dla pewności wychyliłem się jeszcze żeby zobaczyć, czy nie wypadł i nie leży gdzieś na trawniku. Tam też go nie było. Zamknąłem drzwi balkonowe i poszedłem do łazienki. Od razu dostrzegłem ogon, który wystawał z pralki. To było nie do pomyślenia. Mogłem się założyć, że to właśnie Marty go tam wsadził. Wyciągnąłem kota i poszedłem z nim do pokoju Friedmana. Razem ze swoją laską szykował się już do wyjścia.
- Co zrobiłeś z moim kotem?!
Popatrzył na mnie, marszcząc brwi.
- Nic.
- To dlaczego spał w pralce?!
- A skąd mam wiedzieć? Ostatnio spał w misce w kuchni.
- Nie zbliżaj się więcej do niego!
- Niech on nie zbliża się do mnie. - rzucił bez emocji i schował klucze do kieszeni. - Idę do pracy.
Wyminął mnie i opuścił pokój, a jego koleżanka uśmiechnęła się do mnie krzywo i poszła za nim. Kiedy usłyszałem dźwięk zamykanych za nimi drzwi, odetchnąłem z ulgą.
Dave
- Trzeba zadzwonić do tego właściciela. - powiedziała Diana, chodząc nerwowo po naszym nowym mieszkaniu.
- Dzwoniłem. Wyjechał gdzieś, powiedział, że nie wie kiedy wróci.
- Jasna cholera. - oparła się rękami o parapet i wyjrzała przez brudne okno.
- Nie denerwuj się. - podszedłem do niej, trzymając Travisa na rękach. Spojrzała na nas i westchnęła cicho. - Przecież mówił nam, że będzie potrzebny remont...
- Byłam pewna, że skończy się tylko na malowaniu. A tutaj trzeba zrobić wszystko.
- Damy radę. Będzie super.
- Dave, myślisz czasami? Nie mamy gdzie mieszkać.
- Weźmiemy śpiwory i będziemy spać na podłodze. Przemęczymy się trochę.
- Moje dziecko nie będzie żyło w takich warunkach. Ja idę do łazienki, a ty lepiej coś wymyśl. - powiedziała z poważną miną i ruszyła w stronę toalety. Postawiłem Travisa, który zaczął grzecznie chodzić po pustym salonie i rozglądać się po obdrapanych blado-różowych ścianach. Mieszkanie nie było w najlepszym stanie. Na początku myśleliśmy, że sami doprowadzimy je do porządku, jednak doszliśmy do wniosku, że będzie potrzebna ekipa remontowa. Szukaliśmy czegoś nowego od kilku dobrych miesięcy, mieliśmy już dosyć ciśnięcia się w dwóch małych pokojach. Kiedy w końcu myśleliśmy, że znaleźliśmy idealne mieszkanie w centrum miasta, rzeczywistość sprowadziła nas na ziemię. Diana dostawała szału, kiedy ktoś tylko wspominał o naszym nowym domu.
W momencie, kiedy myślałem ile mniej więcej wydalibyśmy na gruntowny remont, usłyszałem pukanie, a raczej walenie do drzwi.
- Dave! - wydarła się Di z łazienki. - Zamek się zaciął! Nie mogę stąd wyjść!
- Czekaj... - podszedłem tam i żeby się upewnić, nacisnąłem klamkę. Faktycznie były zamknięte. - Spróbuj jeszcze raz, spokojnie...
- Nie da się, kurwa! Zrób coś!
- Travis... podaj mi śróbokręt. - wskazałem wzrokiem na otwartą skrzynkę z narzędziami, która stała na zakurzonej podłodze. Mały podszedł powoli do niej i wyciągnął z niej młotek.
- To?
- Nie. Takie długie, chude, z niebieską rączką.
Trav znowu zaczął grzebać w skrzynce, ale w końcu wyciągnął to, czego chciałem.
- To?
- Tak. Podaj mi. Ale ostrożnie.
Podszedł do mnie grzecznie i podał śróbokręt. Stanął z boku i przyglądał się uważnie, co robię. Nie raz naprawiałem w domu zacięte zamki i nigdy nie było z tym najmniejszego problemu. W tym przeklętym mieszkaniu nawet to mi nie wychodziło. Westchnąłem i już chciałem przeklnąć, ale powstrzymałem się przy dziecku.
- Diana, odsuń się od drzwi. - powiedziałem głośno. - Już?
- Tak.
- Ty też się odsuń. - spojrzałem na Travisa, który zrobił kilka kroków do tyłu. Ja cofnąłem się do okna i rozbiegłem się. Jednym kopnięciem udało mi się wyważyć drzwi. Podniosłem się, zadowolony z siebie i otrzepałem ręce. Kiedy kurz opadł, zobaczyłem przerażoną twarz mojej dziewczyny. - Trzeba będzie jeszcze zamontować drzwi.
- Ty idioto... - syknęła wściekła i wyszła z toalety. Wzięła Travisa na ręce i zbierała się do wyjścia. - Jutro lecę do mojego ojca do Kanady. Nie wrócę, dopóki nie doprowadzisz tego domu do porządku!
- Co?! To gdzie ja mam teraz mieszkać?!
- Śpij na podłodze w śpiworze!
- Diana!
- Znalazłeś mieszkanie, to znajdziesz też sobie miejsce do spania. Moje dziecko nie będzie mieszkało w takich warunkach.
Po tych słowach wyszła, trzaskając drzwiami. Z jednej strony rozumiałem jej irytację i to, że ma wszystkiego dosyć. Zostaliśmy bez dachu nad głową. Nie mogliśmy się wprowadzić do domu, który był w takim stanie. A z drugiej ja również się denerwowałem. Diana obwiniała tylko mnie, a ona również chciała kupić to mieszkanie. Myślała, że ja sam wszystko wyremontuję, w międzyczasie chodząc do pracy, na próby i pomagając jej przy dziecku. Myliła się.