sobota, 19 września 2015

Carpe Diem Baby 2 - rozdział 7.

zmieniłam zdjęcie Diany, wróciłam do kobiety, która była nią w poprzedniej części. nie wiem w ogóle, po co ją zmieniałam, skoro cały czas widziałam ją u boku Dave'a.

Judy
- Nie chcę tego oglądać! - usłyszałam krzyk Masona z salonu. Odłożyłam nóż i zajrzałam do pokoju. Siedział z Taylorem na kanapie i próbował wyrwać mu pilota z ręki.
- Mason! - krzyknęłam, a on odskoczył od młodszego brata. - Zrobisz mu krzywdę.
- Chcę włączyć Scooby Doo. - jęknął.
- Daj mu spokojnie obejrzeć jego bajkę.
- Ale ja nie chcę oglądać Toma i Jerry'ego! Już widzieliśmy ten odcinek! - znowu chciał zabrać mu pilota, a Tay zaczął wrzeszczeć i odsuwać się w drugą stronę.
- Dosyć tego. - podeszłam do nich i wyrwałam im go. - Oglądasz z Taylorem do końca jego kreskówkę. Kiedy się skończy, możesz sobie przełączyć na co chcesz. Rozumiemy się?
Mase zrobił obrażoną minę i odsunął się od swojego brata. Podałam jeszcze Taylorowi jego plastikową butelkę z piciem i wróciłam do kuchni. Macierzyństwo czasami dawało mi nieźle popalić. Taylor jak na razie był cholernie słodkim i grzecznym dzieckiem. Był strasznie podobny do mnie, miał te same oczy, nos, usta, rysy twarzy, ale z charakteru wrodził się w Juniora. Z Masonem natomiast było na odwrót - wyglądał zupełnie jak David w dzieciństwie, a większość cech charakteru miał po mnie. Tych negatywnych. Ujawniły się dopiero wtedy, jak poszedł do szkoły. Był kochanym i ślicznym chłopcem, ale dosyć często można było zauważyć u niego wahania nastrojów. Szybko się denerwował, wszystko musiało być tak, jak on chce. Jego nauczycielka skarżyła się, że nie potrafi pracować w grupie, uważał się za kogoś lepszego. Chodził do klasy z Nathanem i głównie z nim się przyjaźnił. James i Mel też mieli z nim coraz większe problemy. Jamesa to jednak bawiło i twierdził, że wyrośnie ze szczeniackiego zachowania, Melanie jakoś nie bardzo. Jak typowe mamy uważałyśmy, że to nasze dziecko jest najgrzeczniejsze, a inne sprowadza je na złą drogę. Tak było też z nami. Dzisiaj wieczorem miałyśmy spotkać się u Shanell w babskim gronie. Miałam tylko nadzieję, że po kilku drinkach nie zacznie znowu kłótni o to, że przez mojego Masona jej Nathan jest niegrzeczny. Nie chciałam się już kłócić.
Dokończyłam kolację dla dzieci. Nałożyłam ich porcje na talerze i poszłam do salonu. Wzięłam Taylora na ręce.
- Mase, chodź na kolacje.
- Ale ja oglądam...
- Mason, proszę cię. Nie dyskutuj. Chodź zjeść i możesz dalej oglądać.
Wydał z siebie głośny jęk i jakoś zwlekł się z łóżka. Posadziłam Taylora w jego wysokim krzesełku i zaczął grzecznie jeść. Mason również. Wzięłam mój kubek z zieloną herbatą i usiadłam naprzeciwko niego.
- Wychodzisz gdzieś dzisiaj? - spytał nagle Mase.
- Tak. Do Shanell.
Kiwnął głową.
- A ty masz jakieś plany na weekend?
- Może pójdę jutro do Nathana. Zaprosił mnie do siebie.
- Zobaczymy jeszcze. Jak było dzisiaj w szkole? - zaciekawiłam się.
Wbił wzrok w swój talerz i podparł głowę ręką.
- Fajnie.
Typowa odpowiedź. Słyszałam ją nawet wtedy, kiedy zadzwoniła do mnie jego wychowawczyni, żeby powiedzieć że pobił się z innym chłopcem o kanapkę. Po chwili usłyszałam ciche trzaśnięcie drzwi wejściowych. Chciałam już wstać i pójść do przedpokoju, żeby powitać mojego chłopaka, ale David zdążył już wejść do kuchni.
- Cześć. - przywitał się i cmoknął mnie w usta. Podszedł do lodówki i wyciągnął mleko, po czym napił się z kartonu. Zaraz po tym wyjął z kieszeni paczkę Marlboro i zapalniczkę. Odpalił papierosa i zaciągnął się mocno.
- David... nie przy dzieciach, proszę.
- Zapomniałem... - mruknął i przysunął do siebie popielniczke. Zgasił fajkę i uśmiechnął się do mnie. Od jakiegoś czasu miał gorsze dni.
- Idę dzisiaj do Shan. Zostaniesz z chłopakami?
- Tak. Nie mam zamiaru nigdzie dzisiaj wychodzić.
- Pójdę się już szykować. Przypilnuj ich, żeby zjedli.
Odstawiłam pusty kubek do zlewu i pogłaskałam Davida wierzchiem dłoni po policzku. Pocałował mnie w rękę, a ja uniosłam kąciki ust ku górze i wyszłam z kuchni.
- Żryj te brokuły, Mason. - usłyszałam jeszcze.
- Mamo! - krzyknął mój starszy syn.
- Junior!
Mój facet wybuchnął głośnym śmiechem. Uśmiechnęłam się pod nosem i poszłam do łazienki. Przebrałam się i poprawiłam makijaż. Schowałam moje kosmetyki i wyszłam z łazienki. David siedział już w salonie, pił piwo i oglądał coś w telewizji. Taylor bawił się obok niego, a Mason był u siebie. Ubrałam swoją jeansową kurtkę i wzięłam torebkę.
- Wrócę pewnie koło północy.
Kiwnął głową i skinął na mnie ręką. Wyszłam z mieszkania. Poszłam na stację metra, gdzie czekałam parę minut na swój pociąg. Wskoczyłam do niego i zajęłam pierwsze wolne miejsce. Wysiadłam cztery przystanki później. Do osiedla na którym mieszkała Shan zostało mi kilka minut drogi. Szłam szybkim krokiem, a kiedy przechodziłam przez ulicę, zobaczyłam Mel wychodzącą z samochodu. Krzyczała coś jeszcze do Jamesa, a chwilę później pomachała mu i odjechał. Doskoczyłam do niej i rzuciłam się jej na plecy.
- Ej, zepsujesz mi fryzurę! - krzyknęła, śmiejąc się. Puściłam ją i przytuliłam się do niej.
- Przecież dobrze wyglądasz. Nic ci nie zepsułam. - odsunęłam się do niej i weszłyśmy razem do klatki schodowej. Podczas jazdy windą zamieniłyśmy parę słów, a rozmowa o dziwo nie dotyczyła naszych synów. Kiedy byłyśmy już na 14. piętrze, wyszłyśmy z windy i zapukałyśmy do drzwi mieszkania Shan. Otworzyła po kilku sekundach.
- Dlaczego pukacie, zamiast od razu wchodzić? - spytała, nieczekając na odpowiedź. Weszłyśmy za nią do salonu. Agnes siedziała już na kanapie i jadła orzeszki ziemne. Przywitałyśmy się i zajęłyśmy wolne miejsca. Jakiś czas później przyszła też Roxxi.
- Czego się napijecie?! - Shanell wychyliła się z kuchni.
- Piwa! - krzyknęłam do niej.
- Ja też. - przytaknęła Agnes.
- Wódka. - rzuciła Roxxi, patrząc gdzieś przed siebie.
- Ja sobie zrobię drinka. - oznajmiła Mel, przerzucając nogi przez oparcie fotela. Shan po chwili wróciła do salonu.
- To wódka Nicka, ale nie obrazi się chyba, jak trochę wypijecie. - postawiła butelkę na stole, a mi podała dwie puszki piwa. Jedną rzuciłam w stronę Agnes. Shanell zajęła miejsce obok Roxanne, a ja przyjrzałam się jej. Miała na sobie flanelową koszulę Nicka, jeansowe szorty i lekki makijaż. Wyglądała niby normalnie, ale tak cudownie. Miałam wrażenie, że odkąd jest z Nickiem pięknieje z dnia na dzień. Zawsze wyglądała wspaniale i każdego zachwycała, ale teraz naprawdę rozkwitła. Dla Nicka zawsze starała się wyglądać idealnie, przy Cliffie jakoś szczególnie jej na tym nie zależało. Chodziła przy nim bez makijażu i w rozciągniętych koszulkach. Nickowi pokazywała się "na czysto" dopiero w łóżku wieczorem. Chociaż też pewnie nie zawsze, nawet podczas seksu z nim chciała wyglądać jak supermodelka.
Byli świetną parą. Miałam wrażenie, że Shan dopiero przy nim poczuła się spełniona i naprawdę szczęśliwa. Przez ostatnie miesiące jej związku z Cliffem wydawało mi się, że to ją męczy. Czuła, że się cofa, ale nigdy tego głośno nie mówiła. Wiedziałam, że dusi się w tej relacji. Gdyby przyjęła jego zaręczyny i wyszła za niego za mąż, popełniłaby największy błąd w życiu. Samobójstwo.
- Shan... - głos Agnes wyrwał mnie z zamyślenia. - Masz wspaniałego faceta. - powiedziała do niej, zupełnie jakby czytała mi w myślach.
- A ty narzekasz na swojego? Jason to wzór cnót.
- Wzór cnót, chyba poza drzwiami sypialni. - mruknęła tajemniczo Ag.
- To tak jak James. W dzień wzorowy mąż i ojciec, a w łóżku i na koncertach... - Melanie przymknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu, prawie wylewając swojego drinka.
- Ja na Juniora też nie narzekam... - zaśmiałam się. - Jest kochany, uroczy, wiecie, niby taki nieśmiały i skromny, a jak jesteśmy sami... - rozmarzyłam się.
- Wczoraj nawet spokojnie nie mogłam wziąć prysznica... - odezwała się Agnes. - Ciebie Mel też tak często James zaciąga pod prysznic?
- Dziewczyno, ty nie masz pojęcia co my wyprawiamy na stole w kuchni, przy którym nie raz jadłaś kolację. - powiedziała z poważną miną, a Ag zakrztusiła się swoim piwem.
- To co, jesteśmy oficjalnie szczęściarami? - spytała z uśmiechem Shan. Wszystkie spojrzałyśmy na Roxxi, która patrzyła gdzieś przed siebie nieobecnym wzrokiem. Nawet nie tknęła drinka, którego zrobiła jej Mel. Spojrzała nagle na nas i wzięła wysoką szklankę do ręki.
- Tak, jesteśmy. Na zdrowie.
Siedziałyśmy do późna, śmiejąc się i plotkując. Shan była oczywiście trzeźwa, ja i Agnes się trzymałyśmy, Roxxi również, mimo że najpierw wypiła jednego mocnego drinka, a potem piwo, ale Melanie totalnie odpłynęła. Nic dziwnego, skoro robiła sobie drinki w których było pół szklanki wódki. Nie mogłyśmy jej puścić w tym stanie samej do domu, więc Shanell zadzwoniła po Jamesa, żeby po nią przyjechał.
- Cholera, ale się załatwiłaś... - powiedziała Shan, próbując wyciągnąć z dłoni na wpół przytomnej Mel pustą już butelkę.
- Zostaw... - wybełkotała.
- Wychlałaś Nickowi całą wódkę!
- Ku-kupię mu... nową... - mruknęła niewyraźnie, prawie zlatując z fotela.
James przyjechał kilkanaście minut później. Kiedy wszedł do salonu i zobaczył swoją śpiącą na fotelu Mel, zaniemówił.
- Opiłyście moją żonę! - krzyknął z oburzeniem.
- Sama wypiła całą butelkę! - powiedziała Shan.
- Dobra, nieważne. Wiedziałem, że ona nie może sama wychodzić.
Podszedł do niej i próbował ją dobudzić. Melanie jednak nie była w stanie sama stać na nogach, więc James wziął ją na ręce i przerzucił przez ramię. Roxxi też wstała ze swojego miejsca.
- Podrzucisz mnie do domu? Masz po drodze.
- Tak. Chodź.
Pożegnali się i wyszli. Chwilę później pomogłyśmy Shan ogarnąć trochę salon. W międzyczasie wrócił z próby Nick. Nie chciałyśmy im przeszkadzać, więc czym prędzej ulotniłyśmy się z ich mieszkania.

Nick
Wszedłem do mieszkania i zamknąłem drzwi lekkim kopnięciem, ponieważ obydwie ręce miałem zajęte. Poszedłem prosto do kuchni i położyłem reklamówki z zakupami na stole.
- Kupiłeś miód?! - krzyknęła Shanell z łazienki.
- Tak! - odpowiedziałem i zacząłem wkładać produkty do lodówki. Po incydencie z dzieckiem w parku na szczęście dosyć szybko się pogodziliśmy. Zrozumiała, że to była zwykła pomyłka i chyba już o tym zapomniała. Znowu wszystko było w jak najlepszym porządku.
W momencie kiedy wkładałem pudełko płatków śniadaniowych do szafki, usłyszałem dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. Na progu stał Ryan, który spojrzał na mnie chłodno i bez pozwolenia wszedł do środka. Ściągnął swoją skórzaną kurtkę i rzucił nią we mnie.
- Powieś. - powiedział lodowato. Miałem ochotę podbiec do okna i wyrzucić tę kurtkę z 14. piętra, ale mimo wszystko powiesiłem ją. Zauważyłem, że lustruje mnie wzrokiem z góry na dół.
- Jak ty wyglądasz?
- Jak? Normalnie. - spojrzałem na siebie. Miałem na sobie szerokie spodenki w kratkę do kolan, białą bluzkę z Misfits, skórzaną kurtkę i adidasy za kostkę. Nie widziałem w tym stroju nic złego, ale Ryan już się krzywił. Wychodziłem dzisiaj tylko do sklepu po drugiej strony ulicy, więc nie musiałem zakładać garnituru.
- Mógłbyś się lepiej ubierać kiedy przychodzę. Nienawidzę źle ubranych ludzi.
- Dobrze, następnym razem przygotuję smoking na twoje przyjście. - przewróciłem oczami.
- Nie wywracaj mi tutaj oczami, tego też nie lubię.
- Ale ty drażliwy jesteś. Znajdź sobie jakąś dziewczynę w końcu.
- Dziewczynę to można mieć w liceum, w moim wieku ma się partnerkę.
- A ile ty masz lat, czterdzieści?
Ryan spojrzał na mnie z oburzeniem. Poczuł się wyraźnie urażony, a ja miałem ochotę wybuchnąć śmiechem. Postanowiłem się jednak powstrzymać, żeby później znowu nie skrażył się Shanell, jakiego to ona nie ma okropnego chłopaka.
- Mam trzydzieści trzy lata.
- Byłem pewny, że więcej. - nadal go prowokowałem. Ryan tylko prychnął i ruszył do kuchni.
- Zrób mi kawę.
- A może jakieś magiczne słowo?
- Zrobisz mi kawę? - spytał, a w jego głosie można było wyczuć zniecierpliwienie.
- Chodziło mi o "poproszę", ale niech ci będzie. - rzuciłem obojętnie i wlałem wodę do czajnika.
- Mleko i dwie płaskie łyżeczki cukru.
- Nie musisz mi znowu o tym przypominać! - zdenerwowałem się. Chwilę później z łazienki wyszła Shanell. Uśmiechnęła się do Ryana i podeszła do niego, żeby go przytulić. Objął ją i pocałował w policzek. Przewróciłem oczami. To było niesamowite, jak bardzo ten człowiek potrafił być chamski i wredny dla każdego wokół, a przy Shan stawał się kochanym, troskliwym facetem. Ale jaki mógł miał być, skoro zarabiał pieniądze na jej ciele? Z żadną modelką nie pracował tyle co z nią. Obecnie była jedną z najlepszych w branży, więc dlatego tak się przy niej trzymał. Gdyby tylko ona próbowała zakończyć z nim współpracę, tak by ją załatwił, że już nigdy nie podpisałaby żadnego kontraktu. Miał zbyt dobre znajomości. Byłem ciekawy co zrobi, kiedy Shanell za kilka lat zakończy karierę.
- Nick, musimy przejrzeć projekty sukienek. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
- Nie, skądże. Przecież nie możecie tego zrobić w agencji.
- Nicky... - westchnęła Shan.
- Przecież nie mam nic przeciwko... zresztą, to twoje mieszkanie.
Uśmiechnęła się i poszli razem do salonu. Oparłem się o blat i czekałem aż zagotuje się woda. Zrobiłem kawę dla Ryana i zaniosłem ją do pokoju. Siedział z Shan na sofie wśród porozrzucanych kartek i rysunków na stole. Przesunąłem je na bok i postawiłem kubek. Kątem oka zerknąłem na wszystkie zdjęcia.
- Do czego wam to potrzebne? - spytałem, chociaż w ogóle mnie to nie interesowało. Chciałem być po prostu miły.
- Musimy wybrać trzy sukienki, w których pójdę na wybiegu za pół roku. - powiedziała Shanell, patrząc na mnie.
- Te mi się podobają. - wziąłem do ręki trzy projekty i pokazałem im.
- Po co się wypowiadasz, skoro kompletnie się na tym nie znasz? - wtrącił się Ryan.
- A muszę się na tym znać, żeby wiedzieć czy coś jest ładne czy brzydkie? - zdenerwowałem się.
- Tak. Wystarczy na ciebie spojrzeć i już wiadomo, że nie masz o tym pojęcia.
- Dajcie spokój. - zirytowała się Shanell i rzuciła na bok kilka kartek. - Ryan, Nick ma rację. Te projekty, które on pokazał, wyglądają chyba najlepiej. Dałoby się je założyć. Te sukienki naprawdę są słabe. Zwykłe szmaty.
- Jak możesz tak mówić? To Balmain!
- Wiosenna kolekcja w tamtym roku była o wiele lepsza.
- Może pan niedoszły model ją zareklamuje? - spytałem, starając się ukryć uśmiech. - Zapomniałem, przecież ty nie jesteś modelem.
- Nick, zachowuj się. Proszę. - powiedziała Shanell z poważnym wyrazem twarzy. Ryan patrzył na mnie z nienawiścią w oczach. Zaśmiałem się i wtuliłem twarz w szyję mojej dziewczyny. Wiek i praca modela dla Ryana były najgorszymi tematami do rozmowy. Shan kiedyś mi opowiadała, że całe swoje nastoletnie życie spędził na castingach i przesłuchaniach. Kariera nigdy mu nie wyszła, po kilkunastu castingach z tego zrezygnował. Później robił wszystko, żeby dostać robotę w agencji modelek. Dostał tam chyba pracę recepcjonisty. Dzisiaj był najlepszym menadżerem jakiego można sobie wymarzyć i świetnym fotografem, a każda modelka chciała z nim pracować. Wydaje mi się, że kiedy dostał tę robotę, poznał parę osób na wyższych szczeblach i wiedział z kim się przespać, żeby też tam dotrzeć.
- Dobra, niech będą te sukienki. - poddał się Ryan. - Najważniejsze, żebyś poszła w tym wybiegu.
- Czy kiedykolwiek cię zawiodłam?
- Gdybyś mnie chociaż raz zawiodła, nie pracowałbym z tobą. - mruknął i wstał ze swojego miejsca. - Będę się zbierał na spotkanie. Projekty wezmę kiedy indziej.
- A kawa? - spytałem.
- Wypiję innym razem.
Uśmiechnąłem się. Shan odłożyła rysunki na bok i odprowadziła go do drzwi. Wziąłem do ręki kubek z jego kawą i napiłem się.