piątek, 10 marca 2017

Carpe Diem Baby 2 - rozdział 55.

Roxxi
Nadszedł grudzień. Mój związek z Larsem przechodził przez różne etapy, bywało dobrze, ale bywało też źle. Ja studiowałam, wiele rzeczy nadal mnie męczyło, a on nadal zajmował się swoimi sprawami i zespołem.
W połowie grudnia mieliśmy wybrać się do Danii na narty. Nie lubiłam Danii, zimna, nie potrafiłam też jeździć na nartach. Diva z Kalifornii nie była przyzwyczajona do takich warunków. Nie wspominając już o matce Larsa, z którą cały czas się nienawidziłam.
Kiedy byliśmy już na miejscu, w jego rodzinnym domu w Kopenhadze, zjedliśmy coś i poszliśmy do jego pokoju żeby się rozpakować. Gdy ze wszystkim się uporaliśmy, położyliśmy się na łóżku i włączyliśmy telewizor.
- Tłumacz mi. - powiedziałam, przytulając się do niego.
- Cały film?
- Jakieś ciekawsze fragmenty.
- Dobra. - mruknął, obejmując mnie. Po jakichś dwudziestu minutach przestał do mnie cokolwiek mówić i sam ze znudzeniem oglądał film. Moja ręka powędrowała do jego krocza i wzięłam się za rozpinanie jego jeansów. Jak na złość do pokoju od razu weszła jego matka.
- Nie przeszkadzam? - spytała ironicznie.
- Przeszkadzasz, właśnie miałam zamiar mu obciągnąć. A tak w ogóle to puka się.
- To mój dom i moje zasady. - rzuciła oschle. - Niedługo obiad.
- Co będzie? - zapytał Lars.
- Dorsz.
- Nie znoszę ryb. - oznajmiłam.
- Wiem. - odparła, po czym wyszła z pokoju. Spojrzałam zdenerwowana na Larsa.
- Nienawidzę jej. Znowu robi mi na złość!
- Daj jej spokój...
- Ja od początku byłam spokojna i nic jej nie mówiłam. To ona zaczęła.
- Ona... taka już jest...
- Gówno mnie to obchodzi. Ma się trzymać ode mnie z daleka.
- Dobra. Powiem jej, żeby nic ci nie mówiła.
Spojrzałam na niego wrogo, a po chwili odwróciłam wzrok i nic więcej nie mówiłam. Wiedziałam, że Lars i tak nic nie powie swojej matce i nic się nie zmieni. Miałam już tego dosyć.

***

- A teraz wstań! - krzyknął do mnie Lars.
Wstałam ze śniegu i próbowałam utrzymać równowagę na nartach. Podał mi dwa kije. - Widzisz? Dałaś radę. Chodź, przejedziemy się.
- Ale ja nie umiem!
- Nauczysz się. - pociągnął mnie lekko za rękę. Ja zaczęłam się delikatnie poruszać. Kiedy byłam już przekonana, że idzie mi całkiem nieźle, przewróciłam się do tyłu. Lars bez słowa pomógł mi wstać i objął mnie w pasie. Jechaliśmy dalej, a on cały czas mnie trzymał.
- Patrz, już jadę! Puść mnie! - krzyknęłam. Puścił mnie, a ja z uśmiechem na ustach jechałam dalej. W pewnym momencie ktoś przejechał obok i zahaczył o mnie. Ja przewróciłam się prosto na twarz i przez chwilę turlałam się w dół. W końcu ktoś mnie zatrzymał i pomógł mi wstać. Spytał o coś po duńsku.
- Spierdalaj! - wydarłam się. Ściągnęłam narty, swoje gogle i kask. Pociągnęłam nosem i ruszyłam przed siebie.
- Roxxi! - Lars zjechał do mnie.
- Zostaw mnie! Wracam kurwa do domu, nienawidzę tego miejsca!
- Jesteśmy tu pierwszy raz!
- Nienawidzę Danii, ciebie, tych ludzi i twojej pierdolonej matki! - krzyknęłam.
- Roxxi!
- Daj mi kurwa spokój! Nie odzywaj się do mnie!
Wytarłam swoją mokrą i zasmarkaną twarz, a niedługo później byłam już w domu. Spakowałam moje rzeczy i wpakowałam się pod kołdrę. Jakiś czas później do pokoju wszedł Lars.
- Serio kurwa? Robisz sceny, bo przewróciłaś się na nartach?
- Nie chodzi tylko o narty!
- A o co?!
- O wszystko! Jutro wracam do domu.
- Dobra. Jak sobie chcesz. Ja zostaję.
Przesunęłam się na drugi brzeg łóżka i położył się obok. Bez słowa odwróciłam się na bok, a jakiś czas później udało mi się zasnąć.

Shanell
Właśnie wychodziłam z prywatnego przedszkola, w którym byłam na rozmowie z dyrektorem. Nick postawił na swoim i postanowiliśmy zapisać w końcu Milana do przedszkola.
Kiedy wyszłam z budynku, zauważyłam Roxxi, która stała przy moim samochodzie i nerwowo paliła papierosa. Zdziwiłam się, bo dwa dni temu wyleciała razem z Larsem do Danii. Zsunęłam z nosa okulary przeciwsłoneczne i podeszłam do niej.
- Ty nie powinnaś być na nartach? - spytałam. Pokręciła tylko głową. - Jak mnie tu znalazłaś?
- Nick powiedział mi, że tu będziesz.
- Coś się stało?
- Chodź coś zjeść, pogadamy. - wyrzuciła niedopałek na chodnik i przydrepła go grubym obcasem.
- Tutaj za rogiem jest fajny lunch bar, możemy tam iść.
Wyciągnęłam portfel z torebki i ruszyłyśmy w stronę lokalu. Zajęłyśmy jeden z wolnych stolików na zewnątrz i zamówiłyśmy coś. Roxanne odpaliła kolejnego papierosa i przysunęła do siebie popielniczkę.
- Jak było na nartach? Nick też chce jechać, ale ja się waham. Nigdy nie jeździłam.
- Nie jedź. Jest chujowo i zimno. Jak nie umiesz jeździć to cię tam zeżrą. Lepiej wylegiwać się na plaży.
- Chyba zrezygnujemy z tej Kanady... Dziękuję. - uśmiechnęłam się do kelnerki, która postawiła przede mną moją kawę i sałatkę z gruszką i serem pleśniowym.
- Dzięki. - rzuciła Roxxi, kiedy dziewczyna podała jej zupę krem z kukurydzy. Zaciągnęła się i odprowadziła kelnerkę wzrokiem. Po chwili spojrzała na mnie i wypuściła chmurę dymu z ust.
- Co się stało? - spytałam niepewnie.
- Jest taki facet na uniwersytecie... Wykładowca, profesor romanistyki. Byłam na jego wykładzie z poezji francuskiej.
- Wredny? Straszny?
- Wymagający. - podniosła swoją szklankę z wodą i napiła się. - Nawet bardzo.
- Nie radzisz sobie? Boisz się go?
- Nie, tylko... To ciężkie. Nie wiem do kogo ostatnio czułam coś takiego. Chyba do Jeffa, a ile lat temu się z nim spotykałam.
- Zakochałaś się?!
- Nie, nie. Wolę być ostrożna z tym słowem. Może po prostu jestem zauroczona, podziwiam go. Ale to naprawdę dziwne. Ostatnio tak na mnie spojrzał, że aż mnie zmroziło. Przez cały wykład patrzyłam w niego jak w obrazek.
- Ma żonę?
- Chyba nie. Nie nosi obrączki.
- Wiesz coś chociaż o nim?
- Rozmawiałam ze studentami romanistyki, którzy mają z nim zajęcia. Nazywa się Adrien Lacroix i jest Francuzem. Urodził się tam i wychował, ale jak miał kilka lat przeniósł się z rodziną do Stanów. Tutaj skończył szkołę i studia. Ma około czterdziestu lat. Tyle wiem.
- Przecież ty nie znosisz Francuzów! Zawsze mówiłaś, że to zwykłe żabojady i tchórze.
- Perkusistów też nigdy nie lubiłam. - przewróciła oczami.
- Roxxi, odpuść sobie... wpakujesz się jeszcze w jakiś romans. W dodatku z profesorem. Będzie nieciekawie, jak ktoś się o tym dowie. I na uczelni i w twoim życiu prywatnym.
- Wykładowcy mogą się spotykać z kim chcą. Studenci też są dorośli. Zresztą... - machnęła ręką. Wyciągnęła kolejną fajkę z paczki i zapaliła ją resztą poprzedniego papierosa. Zgasiła niedopałek w popielniczce. - To nie mój świat. On jest profesorem, wykłada na uniwersytecie, a ja kim kurwa jestem? Nikim.
- Nie mów tak. Zmieniłaś się. Poszłaś na dziennikarstwo, może po studiach dostaniesz się do gazety lub telewizji. Jesteś piękna, silna, samodzielna. Wcale byś od niego nie odstawała. Ale... przecież masz Larsa.
- Ja nie wiem czy chcę być z Larsem. Kocham go i... - westchnęła. - Naprawdę go kocham, mimo tego co mówią inni. Nie jestem z nim dla kasy. Był super kumplem do picia, do imprez, obydwoje byliśmy duszą towarzystwa. Ale nie wyobrażam sobie, żebym mogła spędzić z nim resztę życia. Wyobrażasz nas sobie z dzieckiem? Jak bierzemy ślub?
- Nie możesz mnie pytać o takie rzeczy. Jeszcze z pięć lat temu przez myśl by mi nie przeszło, że kiedykolwiek będę miała dziecko. Za chwilę mój syn idzie do przedszkola. Więc równie dobrze ty za jakiś czas możesz wziąć ślub i urodzić.
- Nie z nim. Nie nadajemy się razem do takiego życia. Nie dojrzał do bycia ojcem czy mężem, nadal jest takim dużym dzieciakiem. Wspólne dorosłe życie nie jest dla nas. Pewnie z kimś innym by się nam udało, ale nie mi z nim ani jemu ze mną.
- Zrobisz jak uważasz. To twoje życie. Jednak jesteście już tyle lat razem. O czymś to świadczy.
Zgasiła papierosa w popielniczce i wzięła dużego łyka swojej wody z lodem.
- Ludzie rozwodzą się czasami po trzydziestu latach małżeństwa. - wzruszyła ramionami. - Ty z Cliffem też byłaś tyle czasu, a po jego śmierci marudziłaś, że już nikogo sobie nie znajdziesz. Teraz się ruchasz z Nickiem aż wióry lecą.
Uśmiechnęłam się tajemniczo, ale po chwili spoważniałam.
- To była trochę inna sprawa. Cliff zginął w wypadku. Może gdyby nie to, nadal bym z nim była. A Lars żyje, tylko ty chcesz zostawić go dla pana profesora z Francji.
- Dlaczego ty wszystko bierzesz tak dosłownie?! Powiedziałam tylko jaka jest sytuacja, a ty już się zachowujesz tak, jakbym go rzuciła i poszła do tego profesora.
- Dobra, skończmy temat i jedzmy. Zupa ci już wystygła. - westchnęłam i usiadłam wyprostowana. Roxxi tylko westchnęła cicho i wzięła swoją łyżkę, po czym zaczęła jeść. Do końca spotkania prawie w ogóle się nie odzywała.

Diana
Weszłam do mieszkania i położyłam torbę z zakupami na blacie. Powiesiłam swoją torebkę na oparciu krzesełka i ruszyłam w stronę salonu. Było cicho, a Dave'a nie było, więc zajrzałam do pokoju dzieci. Tam również nie było ani Travisa ani Luny. Pomyślałam, że może poszli na spacer. Wróciłam więc do kuchni, rozpakowałam zakupy, włączyłam radio i wzięłam się za robienie obiadu. Kiedy kończyłam kroić pomidory do sałatki, do kuchni wszedł Travis. Miał rozczochrane włosy i przecierał oczy. Ziewnął cicho. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Jesteś w domu, kochanie? Spałeś?
- Tak.
- Gdzie?
- U ciebie.
- Gdzie Dave i Luna?
- Też śpią.
- Serio? - odłożyłam nóż i wstałam ze swojego miejsca. Poszłam do sypialni i otworzyłam drzwi. Luna słodko spała na klatce piersiowej Dave'a.
Westchnęłam cicho i oparłam się o ścianę. Ten widok był naprawdę rozczulający.
Chwilę później z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu. Zamknęłam po cichu drzwi sypialni, poszłam do salonu i podniosłam słuchawkę.
- Halo?
- Cześć Diana. Słyszałem że urodziłaś. Gratuluję.
Zmarszczyłam brwi.
- Urodziłam już ponad dwa miesiące temu. Jakbyś częściej kontaktował się z synem to byś wiedział. - powiedziałam chłodno do Josha.
- Ja właśnie w tej sprawie. Chciałem przyjść w ten weekend, ale... coś mi... wypadło.
- Jasne. Jak zawsze. - wychyliłam się, żeby zajrzeć czy Travis przypadkiem nie podsłuchuje. Na szczęście siedział przy stole i jadł sałatkę, nie zwracając na nic innego uwagi.
- Naprawdę... muszę...
- Josh, moi znajomi widzieli cię w zeszłą sobotę w jakimś klubie nocnym na Sunset, jak zabawiałeś się ze striptizerkami, a pod klubem kupowałeś działkę.
- Kto ci takich bzdur naopowiadał? Pewnie twój narzeczony, on zna każdego dilera i dziwkę w mieście.
- Nie, Dave w zeszłą sobotę zajmował się dziećmi. Wiem to od kogoś innego i nie próbuj się wywinąć.
- Ale co to za problem? Nie jesteśmy od dawna razem.
- Osobiście w ogóle mnie to nie obchodzi i możesz robić co chcesz, bo już nie jesteśmy parą, ale jako matkę naszego dziecka bardzo mnie to interesuje. Nie życzę sobie, żebyś był pod wpływem czegoś, kiedy będziesz przebywał z Travisem.
- Ale ja nie jestem narkomanem.
Westchnęłam.
- Rozumiesz? Jeśli odkryję lub dowiem się, że naćpany zajmujesz się moim dzieckiem, to nigdy więcej nie pozwolę ci się z nim zobaczyć.
- To jest też moje dziecko.
- Chyba co najwyżej twoje nasienie. To ja go wychowuję.
- Dobra. Przyjdę w przyszłą sobotę. - powiedział takim tonem, jakby w ogóle nie docierało do niego to co mówię.
Bez pożegnania odłożyłam słuchawkę i po prostu wróciłam do swoich zajęć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz